Blog > Komentarze do wpisu
Shit Orient
Już dawno nie jechaliśmy taką dużą ekipą na zawody. Jedziemy i się zaczyna:
- Chłopaki wiecie co zostawiłem mojego loggera ładującego się w gniazdku w domu,
15 minut potem,
- Chłopaki zapomniałem stuptutów,
4 fotoradary później,
- Chłopaki zapomniałem szczoteczki do zębów,
132 dziury w drodze dalej,
- Chłopaki nie wziąłem klapek pod prysznic,
Trudno. Najważniejsze, że jest kompas, czołówka i buty do biegania. No i 5 kilowy zapas prowiantu w oponie wokół brzucha
- Paweł zatrzymałbyś się na stacji kupiłbym sobie jakieś piwo.

Przed nami pierwszy mini etap: Funex Shit Orient. Nie podobało mi się. Dwieście osób kotłujących się do jednego "żywego perforatora". Totalny bezsens. Ale organizator był prze szczęśliwy.  Nie miało to nic wspólnego ze sportem. Totalna losowość: kto się przepcha, w którą stronę odwróci się "perforator", którą kartę z 20 podstawionych przed nos "perforator" wybierze. Dla mnie lipa. Zresztą rozegrana niezgodnie z ogłoszonymi zasadami - było tylko 15 minut kary za opuszczenie całość, a w komunikacie startowym podano "15 minut za każdy punkt". Jakbym wiedział to 15 minut za całość to bym wziął od razu i darował sobie ten show. W dodatku były przypadki podbijania dwóch a nawet trzech punktów bazowych za jednym razem. Tak też nie miało być. Ale "żywy perforator" w końcówce chyba nie wytrzymał już naporu i chciał skończyć jak najszybciej - czemu się nie dziwię.

Po raz pierwszy zaliczam PK w sławojce. Nie ma co, standard nawet lepszy niż w bazie - na świeżym powietrzu, nad jeziorem, nie ma kolejki i jest papier. Tylko czasu posiedzieć nie ma. Znowu się gdzieś spieszymy.
Przed PK11 wysyłam Marka na przeszpiegi nad rzekę, żeby zobaczył czy jest jakaś kładka. A ja łapie chwilę oddechu, bo ciężko za nim nadążyć. Wraca strasznie poruszony. "Słuchaj właśnie widziałem jak Maciek Więcek przepłyną rzekę. Rzeka ze 30 metrów szerokości, listopad, a on normalnie wziął wskoczył tak jak stał w ciuchach i przepłynął. Ja nie chcę wchodzić w bagno po kolana, a on po prostu przepłynął". Jeszcze z pół godziny obserwuję co jakiś czas kręcenie głową i ciche "normalnie przepłynął".

Dzwoni Paweł - nawet idzie mu ładnie, jest 1 punkt za nami. Kolejność robi taką jak my. "Zenek masz może zapasowy kompas, bo ja swój zgubiłem". Ostatecznie przy PK zakopujemy mu kompas Marka pod jałowcem. Tyle, że zanim tam dotarł zrobiło się ciemno i bez kompasu sporo stracił. Zrobił jeszcze kilka PK, ale w końcu zrezygnował - szkoda.

Mamy już w nogach z 50km...
- Kurcze szybka ta setka. Wszystko po drogach. Punkty łatwe. Pewnie zwycięzca złamie 11 godzin.
- No szybka, ale był ten Shit Orient, no i jest jeszcze bno i OS. To może jednak ze 12 godzin.
- O to to to. To my może byśmy 15 złamali?
(uprzedzając fakty zwycięzca miał prawie 16h., my ponad 19,5)

Gdzieś mniej więcej 12 godzina zawodów, ciemno już. Wyłazimy ze skrótu przez pole na asfalt. Jeszcze ze dwa kilometry i będzie PK. Przyznaję się. Nie włączyłem kierunkowskazu i nie spojrzałem w lewo. Za chwilę ktoś mnie mija w pełnym biegu. Patrzę, a to Maciek. Kurcze ale mieliśmy szczęście, kilka minut wcześniej i byśmy wymusili na nim pierwszeństwo i spowodowali kolizję  pakując mu się pod buty. Rozdeptały nas jak karaluchy. Ale ale, co on w ogóle tu robi? On to już powinien być przecież na mecie.
Na PK go doganiamy. Punktu nie ma, przy okazji czesania zagajnika była okazja trochę pogadać. Dowiadujemy się, że przez rzekę pływał dwa razy, no i że ma już prawie 100km. na liczniku.

Ostatnie 30 km. kiepsko mi idzie. Nie mam już za bardzo siły biec. Marek pewnie się denerwuje, bo wiedzę, że ma jeszcze rezerwy i chciałby wyrwać szybciej. Ja się denerwuję, bo nie mam już rezerw, żeby wyrwać szybciej. No ale do samego końca coś tam "biegniemy" moim ulubionym "świńskim truchtem".

Ostatni punkt do poszukania, strata z 15 minut. Oczywiście na samym początku przeszliśmy z drugiej strony drzewa...
Z czasem 19:34 jesteśmy na mecie. No bardzo szybko to nie było. Niby łatwe punkty, niby dużo biegania a czas taki sobie. No ale kilometrów jak na Harpaganie znowu wyszło za dużo (prawie 120).
Mój logger został w domu, więc poniżej zapis z Markowego. Niestety po 107km. padła w nim bateria więc końcówkę naniosłem ręcznie.
GPSies - Funexorient 2011 FRO100
W bazie na korytarzu znowu spotykamy Maćka. Był drugi. Dawno skończył, ale jeszcze nie śpi. Co za gość: nie je, nie pije, nie śpi, wygląda, że się nie męczy. Ale pogadać lubi. My też lubimy, więc siedzimy i gadamy. Po jakiejś pół godzinie (5 rano) z sali wychodzi Paweł. Pewnie wyczuł podświadomie naszą obecność (drużynowy instynkt stadny). A może to tylko był pełny pęcherz?
To już koniec startów na ten rok. Po Harpaganie mówiłem tak samo, ale tym razem to już nic mnie skusi. Chyba...

PS. Tak dla uściślenia. Impreza jako całość mi się podobała. Mi się wszystkie podobają. Tytuł odnosi się tylko do pierwszego mini-etapu. 
czwartek, 01 grudnia 2011, lulekz
Komentarze
2011/12/01 11:52:06
Cudowna relacja ;) Gratulacje, Chłopaki! Pozwoliłam sobie podlinkować na FB.
-
Gość: lulekz, 77-253-222-41.ip.netia.com.pl
2011/12/01 12:05:23
Jak zwykle robisz nam reklamę. Auto-marketing zawsze miałem kulawy. Dzięki za pomoc, gorzej jak wkrótce pocztą przyjdzie faktura za "usługi public relation i marketing".
-
2011/12/02 21:23:05
Jeśli nie macie nic przeciwko, to też podlinkuję (w zasadzie, to nie czekam na pozwolenie i już to robię :P). Jedna z fajniejszych, jakie napisaliście ;)
-
Gość: ania, di-ip254.wam.com.pl
2011/12/08 07:45:17
super :)
<br/>