Blog > Komentarze do wpisu
Religijne PK

Wszyscy moi znajomi dobrze wiedzą, że żaden ze mnie piechur. Nie biegam, nie łażę z kijkami. Co najwyżej przechodzę paręset metrów do samochodu. Albo po galeriach handlowych, jeśli jest potrzeba. A tu "rzuciłem" się na pokonanie 36 km, na dodatek nocą. Już wolałbym ten dystans pokonać dwukrotnie, ale rowerem. Ale, podjąłem wyzwanie, ... miałem swój cel, nawet nie jeden. To było takie moje PK, ... religijne PK.

DSC06591

Nieco inny charakter, nieco inna forma, z góry wszystko wiadome - mapy, trasa, lokalizacja PK. Nawet GPS wraz z aplikacją były gotowe. Wszystko zupełnie inaczej. 

Wystartowaliśmy wszyscy razem w piątek o 21:00. Pech chciał, że ruszyłem jako jeden z ostatnich. Z powodu wąskiego chodnika, "nawet fajny spacerek" - pomyślałem. Kiedy jednak weszliśmy na osiedlową ulicę tempo znacznie wzrosło. Przeraziłem się, bowiem już szykowałem się na samotne pokonywanie trasy, jeśli dalej tak będzie. Przez miasto i Dąbrowę do hotelu na wzgórzu przeszliśmy szybko. Wyładowany plecak zaczął już przeszkadzać. Do lasu na czerwony szlak weszliśmy jeden za drugim. Na szczęście tempo znacznie spadło, ale to w końcu ciemność i trudny grunt. Moja nowa lampka sprawowała się znakomicie. Włączyłem i ... parę osób przede mną mogła wcale nie używać swoich "pretzli".

Z mapy nie musiałem korzystać, w końcu szlak ten na Domaniówce znam doskonale. Choć w ciemności wyglądał zupełnie inaczej. To właśnie ciemności bałem się może najbardziej. Jednak nie byłem sam, bowiem przede mną szła gromada ok. 100 osób.

Po wyjściu na pole, było nasze drugie PK - stacja II. W oddali świeciły się światła Masłowa z dominującym i ładnie oświetlonym kościołem, miejscem naszego kolejnego przystanku. W oddali, w ciemnościach ledwie widoczna Klonówka, kolejna góra do pokonania. Zejście było dość szybkie i na szczęście deszcz, który padał od samego startu, powoli zaczął ustawać.

DSC06585

Do kościoła w Masłowie doszliśmy więc bardzo szybko, tu była nasza stacja III. Chwila odpoczynku, jakiś baton, jakieś picie i dalej w drogę, na kolejną górę. Czoło naszego peletonu szło mocnym i żwawym tempem, które zaczynałem czuć już "w kościach". Nie byłem przyzwyczajony do takiego marszu. A tu jeszcze podejście. Trzymałem się końca, ale na szczęście dotrzymywałem kroku. Tempo marszu nieco opadło, kiedy to zeszliśmy już z ul. Północnej, a weszliśmy na śliski i błotnisty trakt. Zaczęło się przeskakiwanie i omijanie co większych kałuż. Do Diabelskiego Kamienia, naszej kolejnej IV stacji, doszliśmy całą grupą. 

Z tego punktu nasza grupa zaczęła się już rwać. Głównie dlatego, że teren zrobił się dość mocno błotnisty, a nie każdy wyposażony był w odpowiednie obuwie. Było ślisko. Miejscami, mimo reguły milczenia, słychać było wypowiadane cholery. Na Dąbrówkę - stacji V -dochodziliśmy małymi grupkami. A ja już zastanawiałem się na naszym zejściem do Doliny Lubrzanki, strome, a w ciemnościach niebezpieczne. Dwa tygodnie wcześniej, na tym zejściu, zjeżdżając rowerem, rozwaliłem sobie lampkę oraz siodełko. 

Szczęśliwie udało mi się zejść w jednym kawałku. Do kolejnej stacji VI przy mostku na Lubrzance dochodziły pojedyncze osoby lub w małych grupkach. Była więc okazja do wymiany baterii w mojej lampce. Dobra jest, świeci świetnie, ale baterii wystarcza na ok. 2-3 godziny. Przed atakiem na Radostową chciałem mieć jasny i wyraźny obraz, gdzie stawiam kolejne kroki. 

Samo podejście na Radostową od samego początku budziło we mnie najwięcej obaw. Już kilka razy próbowałem na nie wjechać rowerem. Nachylenie, a szczególnie dość trudny teren, nigdy na to nie pozwoliły. Ale o dziwno nawet dobrze się wchodziło. Pod samym szczytem już czułem dość solidne zmęczenie i ból nóg. Najwcześniej to stawy skokowe zaczęły mi doskwierać. Dobrze, że na szczycie została zarządzona 10 min. przerwa, a wraz z czasem oczekiwania, zrobiło się z tego sporo wolnego czasu na odpoczynek i chwilową regenerację. Tym razem czekał nas długi przelot, aż do drogi 752 Górno - Św. Katarzyna. Tam była stacja VIII.

Ciężko było ponownie zarzucić plecak na bolące już ramiona. Krzyż w rękę i dalej w dół śliskim zejściem po trawie. Przez Wymyśloną przemknęliśmy nocą, choć nie powiem, że nie zauważenie. Wszystkie chyba burki ujadały na całego. Na tym odcinku zrobiło się zimno. Otwarty teren, przełęcz, brak możliwości schronienia powodował dość szybkie wyziębienie organizmu. Żałowałem wówczas, że tak szybko schodziłem z Radostowej, bowiem musiałem teraz dłużej czekać na maruderów. Ubrałem jednak dodatkową kurtkę deszczową, która w pewien sposób blokowała przenikliwy wiatr. Dopadł mnie kryzys. Czułem wszystkie stawy, czułem plecy, ramiona, stopy piekły. Czyżby to koniec? Jedynie ogłoszona dłuższa przerwa przed atakiem na Łysicę, pozwalała nie dopuszczać myśli o rezygnacji. 

Przed bramą wejściową do parku na stacji IX, była okazja na dłuższy odpoczynek. Kryzys dalej trwał. Myślałem, że usnę. Nie poprawiała mi również nastroju myśl, że za chwilę mam wchodzić na Łysicę, najwyższą górę na mojej drodze. Ale czy najtrudniejsza? Zaczęło się fajnie, bowiem szliśmy ładnie wykonanym chodnikiem z drewna. Myślę: "jeśli takie ma być całe podejście, to super, łatwizna". No ale chodnik jak się szybko zaczął, tak szybciej się skończył, Pozostało mozolne wdrapywanie się na szczyt. Droga wcale nie łatwa, a już dobijały mnie co pewien czas ułożone z drewnianych bali stopie, po których wspinanie było najbardziej bolesne dla moich obolałych nóg.

Na jednym z zakrętów zobaczyłem tabliczkę: "Łysica 0,5 h". "To jeszcze pół godziny mam iść pod górę?" - sam sobie zadałem to pytanie. Szliśmy jednak w pewnej małej grupce, noga za nogą. Sam nawet nie wiem, kiedy weszliśmy na sam szczyt. Nawet nie poznałem tego miejsca. Chwilę wolną wykorzystałem na kolejną już wymianę baterii. Dalsza trasa była dla mnie zupełną nowością. 

Po pokonaniu już 25 km doszliśmy do kapliczki Św. Mikołaja. Robiło się fajnie, bowiem świtało. Tu była stacja XI. Zbytnio czasu nie marnowaliśmy, bowiem w Kakoninie, na stacji XII, miał być kolejny dłuższy postój. To tu można była już dokładnie zobaczyć, kto idzie i co to za ludzie. Niektórzy wytrawni piechurzy, niektórzy, jak ja, zielone szczypiorki. Po 10 minutach odpoczynku, po łyku gorącej herbaty i kanapce, wyruszyliśmy na ostatnie dwa odcinki. 

DSC06594

Ciężkie to były dla mnie chwile. Długie przeloty, cały czas marsz i marsz. Czoło grupy dawno straciłem z widoku. Zmęczenie dawało o sobie wyraźnie znać. Już nawet mniejszymi kałużami, czy strumykami, człowiek mniej się przejmował. Nie miałem siły na przeskakiwania, czy omijaniu błota. Byłe do przodu. Kiedy w końcu ta skraj lasu, gdzie czekała chwila odpoczynku na stacji XIII. Myślałem już, że końcówkę przyjdzie mi pokonywać w samotności. Niewiele osób widziałem za sobą. A i pewnie przód nie będzie czekał na takich maruderów, jak ja. Udało się jednak dotrzeć do stacji XIII. 

DSC06590

Zbliżał się ostatni odcinek. Wejście na Św. Krzyż, do ostatniej stacji XIV. Znam doskonale to podejście. Nie raz pokonywałem go rowerem. Zawsze mówiłem, że to fajny podjazd. Jednak teraz po 34 km na nogach, podejście to nabrało innego znaczenia. Już w pojedynkę walczyłem z drogą, jednak walczyłem głównie ze swoim bólem. Nogi kompletnie zawodziły. Dobrze może, że była mgła i daleko nie można było ocenić, ile to jeszcze tego podejścia. 

Po półgodzinnej walce doszedłem do celu, na Św. Krzyż, do stacji XIV. Zadowolony, umęczony, wysłałem sms'a do rodziny, że udało mi się, ale nie mam siły na rozmowę. Po chwili odpoczynku, poszedłem do wnętrza klasztoru, gdzie ojcowie Oblaci przygotowali dla nas gorącą herbatę. Można była odpocząć, przebrać się w suche ciuchy. 

W sumie po 12 godzinach od wyruszenia o 9:12, po pokonaniu 37 km, ledwie żywy, dotarłem do celu swojej wędrówki. Takie było moje religijne PK - moja Ekstremalna Droga Krzyżowa.

DSC06595

 

poniedziałek, 30 marca 2015, bikogt

Polecane wpisy

  • Mieszane uczucia

    Tydzień temu wystartowałem w drużynie z Pawłem w Jaszczur - Ukryty Wapień. O Jaszczurze było głośno jakiś czas temu na forum - impreza budząca kontrowersje. Prz

  • Sarnia Skała

    Dla tych, którzy tęsknią za górami. Częściowo "zimowy" atak na Sarnią Skałę, wraz ze starszym synem. A tu jeszcze 60 kwiatków dla naszego Pawła. Wszystkiego naj

  • Powrót na Górę Kamieńsk

    No to w ostatnich wpisach pojeździliśmy sobie palcem po świecie to teraz czas wrócić na domowe podwórko. W ubiegły weekend startowaliśmy z Pawłem na pierwszym t