Kategorie: Wszystkie | Myśli nieuczesane | O nas | Relacje | Wyniki/Plany
RSS
wtorek, 07 kwietnia 2015
Pacific Crest Trail

Film ostatnio oglądałem: "Wild" http://stopklatka.pl/filmy/-/126617114,dzika-droga. Film jako film nie jest może jakiś wybitny (nie jest też zły) ale zaciekawiło mnie przede wszystkim miejsce akcji. Dość rozległe miejsce o nazwie Pacific Crest Trail. Jest to szlak turystyczny prowadzący od granicy meksykańskiej do kanadyjskiej przecinając po drodze państewko zwane jako Stany Zjednoczone Ameryki (nie jest potwierdzone czy pierwotnie wydeptali go nielegalni imigranci z Meksyku). W każdym bądź razie wygląda ciekawie, bardzo ciekawie. Zresztą zobaczcie sobie sami na mapie. 

Kilka liczb dających dodatkowo do myślenia:

- długość 2663 mile/4286km (myślę że jakby ciąć wszystkie zakręty po wewnętrznej da się kilka kilometrów urwać) 

- po drodze 7 parków narodowych (góry, góry, góry aż do porzygania) 

- najwyższy punkt na trasie 4009 m (sporo a w dodatku szlak nie ciśnie na siłę po najwyższych szczytach, raczej je omija, więc po drodze dla chętnego znajdzie się i coś wyższego) 

Piękna rzecz. Już się pakujecie? W ogóle samo przygotowanie i zaplanowanie takiej wyprawy byłoby pięknym wyzwaniem. Tym bardziej, że po drodze na rozbudowaną infrastrukturę zapewniającą codzienny nocleg i wyżywienie nie ma co liczyć. Raczej trzeba postawić na samowystarczalność (a więc pobiec tylko z nereczką się nie da).

Jak dla mnie jednak jest to cel równie piękny jak nieosiągalny. Trzeba by:

1. Wyprowadzić dzieci z domu,  

2. Rozwieść się z żoną, 

3. Znaleźć sponsora z workiem pieniędzy.

O ile spełnienie pierwszych dwóch warunków to tylko kwestia czasu, o tyle trzeci warunek jest zaporowy. Ostatnio moim głównym i jedynym sponsorem jest ZUS, a śmiem wątpić czy taka zacna i szanowana instytucja szarpnęłaby się na sponsorowanie takiej głupoty. Swoją drogą wyobraź sobie mnie na amerykańskim szlaku w koszulce z napisem "Butterfly Leg - powered by ZUS". 

Dla chętnych do poczytania jest sporo materiałów w anglojęzycznym internecie. Na początek: 

- Wikipedia: http://en.wikipedia.org/wiki/Pacific_Crest_Trail

- Pacific Crest Trail Association: http://www.pcta.org/

- amerykańskie "lasy państwowe" ;) http://www.fs.usda.gov/pct/ (tu zresztą można pobrać plik z całym szlakiem do oglądnięcia na Google Earth- http://www.fs.usda.gov/main/pct/maps-publications

Jest też masę blogów z relacjami osób robiących PCT. Tak dla przykładu na szybko: 

- ten gość dopiero zaczął: http://bentleyhensel.com/  (ma SPOT-a więc można śledzić jego pozycję na mapie), 

- ta pani już ponad miesiąc na trasie: http://thetravelingmandolin.blogspot.com/

Tak jak pisałem, ja się nie piszę na ten spacer, ale jeśli kogoś podpali ten wpis i w przyszłości zrobi PCT to funkcja edukacyjno-inspiracyjna bloga zostanie spełniona.

A w następnym wpisie będzie coś podobnego ale znacznie bliżej (po tej stronie Atlantyku). I nawet kiedyś, dawno temu, w swym niepoprawnym optymizmie/naiwności rozpisałem sobie na to etapy "po swojemu"... 

Zet El.

sobota, 04 kwietnia 2015
White Christmas?

Kazać im malować pisanki czy ubierać choinkę? 

W końcu mamy białe święta. 

Wesołych Świąt życzy Motyla Noga 

Zet El. 

poniedziałek, 30 marca 2015
Religijne PK

Wszyscy moi znajomi dobrze wiedzą, że żaden ze mnie piechur. Nie biegam, nie łażę z kijkami. Co najwyżej przechodzę paręset metrów do samochodu. Albo po galeriach handlowych, jeśli jest potrzeba. A tu "rzuciłem" się na pokonanie 36 km, na dodatek nocą. Już wolałbym ten dystans pokonać dwukrotnie, ale rowerem. Ale, podjąłem wyzwanie, ... miałem swój cel, nawet nie jeden. To było takie moje PK, ... religijne PK.

DSC06591

Nieco inny charakter, nieco inna forma, z góry wszystko wiadome - mapy, trasa, lokalizacja PK. Nawet GPS wraz z aplikacją były gotowe. Wszystko zupełnie inaczej. 

Wystartowaliśmy wszyscy razem w piątek o 21:00. Pech chciał, że ruszyłem jako jeden z ostatnich. Z powodu wąskiego chodnika, "nawet fajny spacerek" - pomyślałem. Kiedy jednak weszliśmy na osiedlową ulicę tempo znacznie wzrosło. Przeraziłem się, bowiem już szykowałem się na samotne pokonywanie trasy, jeśli dalej tak będzie. Przez miasto i Dąbrowę do hotelu na wzgórzu przeszliśmy szybko. Wyładowany plecak zaczął już przeszkadzać. Do lasu na czerwony szlak weszliśmy jeden za drugim. Na szczęście tempo znacznie spadło, ale to w końcu ciemność i trudny grunt. Moja nowa lampka sprawowała się znakomicie. Włączyłem i ... parę osób przede mną mogła wcale nie używać swoich "pretzli".

Z mapy nie musiałem korzystać, w końcu szlak ten na Domaniówce znam doskonale. Choć w ciemności wyglądał zupełnie inaczej. To właśnie ciemności bałem się może najbardziej. Jednak nie byłem sam, bowiem przede mną szła gromada ok. 100 osób.

Po wyjściu na pole, było nasze drugie PK - stacja II. W oddali świeciły się światła Masłowa z dominującym i ładnie oświetlonym kościołem, miejscem naszego kolejnego przystanku. W oddali, w ciemnościach ledwie widoczna Klonówka, kolejna góra do pokonania. Zejście było dość szybkie i na szczęście deszcz, który padał od samego startu, powoli zaczął ustawać.

DSC06585

Do kościoła w Masłowie doszliśmy więc bardzo szybko, tu była nasza stacja III. Chwila odpoczynku, jakiś baton, jakieś picie i dalej w drogę, na kolejną górę. Czoło naszego peletonu szło mocnym i żwawym tempem, które zaczynałem czuć już "w kościach". Nie byłem przyzwyczajony do takiego marszu. A tu jeszcze podejście. Trzymałem się końca, ale na szczęście dotrzymywałem kroku. Tempo marszu nieco opadło, kiedy to zeszliśmy już z ul. Północnej, a weszliśmy na śliski i błotnisty trakt. Zaczęło się przeskakiwanie i omijanie co większych kałuż. Do Diabelskiego Kamienia, naszej kolejnej IV stacji, doszliśmy całą grupą. 

Z tego punktu nasza grupa zaczęła się już rwać. Głównie dlatego, że teren zrobił się dość mocno błotnisty, a nie każdy wyposażony był w odpowiednie obuwie. Było ślisko. Miejscami, mimo reguły milczenia, słychać było wypowiadane cholery. Na Dąbrówkę - stacji V -dochodziliśmy małymi grupkami. A ja już zastanawiałem się na naszym zejściem do Doliny Lubrzanki, strome, a w ciemnościach niebezpieczne. Dwa tygodnie wcześniej, na tym zejściu, zjeżdżając rowerem, rozwaliłem sobie lampkę oraz siodełko. 

Szczęśliwie udało mi się zejść w jednym kawałku. Do kolejnej stacji VI przy mostku na Lubrzance dochodziły pojedyncze osoby lub w małych grupkach. Była więc okazja do wymiany baterii w mojej lampce. Dobra jest, świeci świetnie, ale baterii wystarcza na ok. 2-3 godziny. Przed atakiem na Radostową chciałem mieć jasny i wyraźny obraz, gdzie stawiam kolejne kroki. 

Samo podejście na Radostową od samego początku budziło we mnie najwięcej obaw. Już kilka razy próbowałem na nie wjechać rowerem. Nachylenie, a szczególnie dość trudny teren, nigdy na to nie pozwoliły. Ale o dziwno nawet dobrze się wchodziło. Pod samym szczytem już czułem dość solidne zmęczenie i ból nóg. Najwcześniej to stawy skokowe zaczęły mi doskwierać. Dobrze, że na szczycie została zarządzona 10 min. przerwa, a wraz z czasem oczekiwania, zrobiło się z tego sporo wolnego czasu na odpoczynek i chwilową regenerację. Tym razem czekał nas długi przelot, aż do drogi 752 Górno - Św. Katarzyna. Tam była stacja VIII.

Ciężko było ponownie zarzucić plecak na bolące już ramiona. Krzyż w rękę i dalej w dół śliskim zejściem po trawie. Przez Wymyśloną przemknęliśmy nocą, choć nie powiem, że nie zauważenie. Wszystkie chyba burki ujadały na całego. Na tym odcinku zrobiło się zimno. Otwarty teren, przełęcz, brak możliwości schronienia powodował dość szybkie wyziębienie organizmu. Żałowałem wówczas, że tak szybko schodziłem z Radostowej, bowiem musiałem teraz dłużej czekać na maruderów. Ubrałem jednak dodatkową kurtkę deszczową, która w pewien sposób blokowała przenikliwy wiatr. Dopadł mnie kryzys. Czułem wszystkie stawy, czułem plecy, ramiona, stopy piekły. Czyżby to koniec? Jedynie ogłoszona dłuższa przerwa przed atakiem na Łysicę, pozwalała nie dopuszczać myśli o rezygnacji. 

Przed bramą wejściową do parku na stacji IX, była okazja na dłuższy odpoczynek. Kryzys dalej trwał. Myślałem, że usnę. Nie poprawiała mi również nastroju myśl, że za chwilę mam wchodzić na Łysicę, najwyższą górę na mojej drodze. Ale czy najtrudniejsza? Zaczęło się fajnie, bowiem szliśmy ładnie wykonanym chodnikiem z drewna. Myślę: "jeśli takie ma być całe podejście, to super, łatwizna". No ale chodnik jak się szybko zaczął, tak szybciej się skończył, Pozostało mozolne wdrapywanie się na szczyt. Droga wcale nie łatwa, a już dobijały mnie co pewien czas ułożone z drewnianych bali stopie, po których wspinanie było najbardziej bolesne dla moich obolałych nóg.

Na jednym z zakrętów zobaczyłem tabliczkę: "Łysica 0,5 h". "To jeszcze pół godziny mam iść pod górę?" - sam sobie zadałem to pytanie. Szliśmy jednak w pewnej małej grupce, noga za nogą. Sam nawet nie wiem, kiedy weszliśmy na sam szczyt. Nawet nie poznałem tego miejsca. Chwilę wolną wykorzystałem na kolejną już wymianę baterii. Dalsza trasa była dla mnie zupełną nowością. 

Po pokonaniu już 25 km doszliśmy do kapliczki Św. Mikołaja. Robiło się fajnie, bowiem świtało. Tu była stacja XI. Zbytnio czasu nie marnowaliśmy, bowiem w Kakoninie, na stacji XII, miał być kolejny dłuższy postój. To tu można była już dokładnie zobaczyć, kto idzie i co to za ludzie. Niektórzy wytrawni piechurzy, niektórzy, jak ja, zielone szczypiorki. Po 10 minutach odpoczynku, po łyku gorącej herbaty i kanapce, wyruszyliśmy na ostatnie dwa odcinki. 

DSC06594

Ciężkie to były dla mnie chwile. Długie przeloty, cały czas marsz i marsz. Czoło grupy dawno straciłem z widoku. Zmęczenie dawało o sobie wyraźnie znać. Już nawet mniejszymi kałużami, czy strumykami, człowiek mniej się przejmował. Nie miałem siły na przeskakiwania, czy omijaniu błota. Byłe do przodu. Kiedy w końcu ta skraj lasu, gdzie czekała chwila odpoczynku na stacji XIII. Myślałem już, że końcówkę przyjdzie mi pokonywać w samotności. Niewiele osób widziałem za sobą. A i pewnie przód nie będzie czekał na takich maruderów, jak ja. Udało się jednak dotrzeć do stacji XIII. 

DSC06590

Zbliżał się ostatni odcinek. Wejście na Św. Krzyż, do ostatniej stacji XIV. Znam doskonale to podejście. Nie raz pokonywałem go rowerem. Zawsze mówiłem, że to fajny podjazd. Jednak teraz po 34 km na nogach, podejście to nabrało innego znaczenia. Już w pojedynkę walczyłem z drogą, jednak walczyłem głównie ze swoim bólem. Nogi kompletnie zawodziły. Dobrze może, że była mgła i daleko nie można było ocenić, ile to jeszcze tego podejścia. 

Po półgodzinnej walce doszedłem do celu, na Św. Krzyż, do stacji XIV. Zadowolony, umęczony, wysłałem sms'a do rodziny, że udało mi się, ale nie mam siły na rozmowę. Po chwili odpoczynku, poszedłem do wnętrza klasztoru, gdzie ojcowie Oblaci przygotowali dla nas gorącą herbatę. Można była odpocząć, przebrać się w suche ciuchy. 

W sumie po 12 godzinach od wyruszenia o 9:12, po pokonaniu 37 km, ledwie żywy, dotarłem do celu swojej wędrówki. Takie było moje religijne PK - moja Ekstremalna Droga Krzyżowa.

DSC06595

 

środa, 18 marca 2015
Proceder

 

Wracając z RDS-a na dnie schowka w samochodzie wygrzebałem płytę TSA "Proceder". Płyta ma już ponad 10 lat i raczej nie zrobiła "celebryckiej" kariery w polskich mediach ale obok "Najemnika" Dżemu to chyba moja ulubiona polska płyta. Jechałem sam więc rozkręciłem sobie głośniki na maksa. Dziś już środa a płyta dalej kołata mi się w głowie...



Wpis od czapy ale żeby w jakikolwiek sposób związać go z tematyką bloga - poniższy kawałek opowiada o tym, że w sporcie/życiu nawet jak jesteś cieniasem czasem pojawia się szansa i możesz wygrać. Albo i nie...



Zet El

poniedziałek, 16 marca 2015
Dwie kozy

Dwie kozy z Motylej Nogi biegały w ten weekend w Dwikozach na Rajdzie Dolnego Sanu. Kozy obstawiały wszystkie trasy. Starsza koza obskoczyła trasę długą 100km. zajmując 25 miejsce z czasem 21:49. Młodsza koza obskoczyła trasę krótką 50km. zajmując 32 miejsce z czasem 7:41. 

Nawigacja była łatwa, pogoda kiepska, podłoże na zmianę asfaltowe lub błotniste. 

Poniżej kilka fotek. 

Figurujący w nazwie San było widać raz i tylko przez chwilę - po drugiej stronie rzeki widać fragment jego ujście do Wisły. Co ciekawe bodajże 3 lata temu jeden z punktów kontrolnych stał dokładnie po drugiej stronie.  

A z kolei 8 lat temu podczas pierwszej edycji (rozgrywanej wtedy w styczniu) był taki jeden gość co jadąc na RDS-a się przechwalał, że "San jakby była potrzeba to się przepłynie". Specjalnie dla niego zdjęcie tym razem Wisły, która wygląda spokojniej niż wtedy San i nawet jest potencjalny bród.

 Nad Wisłą szwendało się pełno "wędkarzy". I nawet punkty brały. 

Jeden z przykładów ciekawie usytuowanych punktów - wodowskaz wieżyczka. 

Tylko te lasy w okolicach była jakieś takie karłowate. 

Za to niektóre drogi mocno wcisnęły się w poziom gruntu. Trzeba dać znać do ITD, że tam ciężarówki chyba strasznie przeładowane jeżdżą. 

Jedno z lekkich podejść. Wielkich gór nie było. 

I kolejny przykład ciekawego punktu kontrolnego. 

Fajnie było jak to zwykle na RDS-ie. 

Nagrodę im. Motylej Nogi za wytrwałość i najdłuższą obecność na trasie zgarnął obrońca "tytułu" z ubiegłego roku - Janusz Słopiecki. 

Zet El. 

18:46, bazylsblox , Relacje
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 65