Kategorie: Wszystkie | Myśli nieuczesane | O nas | Relacje | Wyniki/Plany
RSS
niedziela, 04 października 2009
Gdzie byliśmy jak nas nie było

Motyla Noga powstała na potrzeby Szarpaniny 2008. Cztery osoby, każda z innego zespołu  startujące pod nowym szyldem. W tamtym składzie wystartowaliśmy tylko raz, a szkoda. No ale nazwa pozostała, podobnie jak mocno okrojony skład. Historia bloga urywa się w lipcu 2008. Co było dalej? Dalej był brak chęci do pisania tłumaczony brakiem czasu i umiejętności. A Motyla Noga i jej członkowie pojawiali się od czasu do czasu na różnych zawodach. Komplet wyników wrzucimy wkrótce na stronę. Były fajne momenty, powiedzmy "sukcesy" w naszej skali: jak oba Rajdy Wisły, Nocna Masakra 2008, Wertepy 2009, Kierat 2009, wypad na Dom de Mischabel.

Były bolesne porażki jak jesienny Harpagan 2008, Skorpion 2009 czy ostatni Rajd Orła. Z tych i innych imprez relacji już nie będzie. Pewnie nic straconego. No ale jeszcze pewnie trochę postartujemy i postaramy się o tym pisać. A może czasem we wspomnieniach wrócimy też do minionego okresu...

Do reaktywacji bloga nakłonił mnie Robert - chyba największy i jedyny kibic drużyny -zdecydowanie zasłużył na status członka honorowego. Dziękuję mu też za projekt banera.

Nigdy nie będziemy drużyną wybitną odnoszącą sukcesy i stającą na pudle. No chyba , że znowu jak na ostatniej Nocnej Maskrze natkniemy się w środku nocy na plac zabaw... 

 Ale zawsze możemy robić to co lubimy i to co sprawia nam frajdę ( o ile żony pozwolą). No i czasem się tym pochwalić. Chociażby przed samym sobą bo nikt inny przecież tego nie będzie czytał.

Skład drużyny

Paweł - weteran ufundowany w roku 1955. Człowiek w słusznym wieku. Lekarz. Wydawać by się mogło, że szanowany członek społeczeństwa bez żadnych udziwnień. Ma jednak małą przypadłość. Lubi się nocą poszwędać po krzakach. Startuje tak często jak to tylko możliwe. Dlatego też zwykle nie ma czasu na trening, bo albo jest zmęczony po zawodach albo odpoczywa przed zawodami. Zwolennik szkoły "trening przez starty". Podkupiony z drużyny Zaginieni w Akcji.

Zenek - zmaterializowany w 1979. Zwolennik wariantów krótkich, choć nie zawsze najszybszych. Z powodu braku umiejętności hamowania zaciekły wróg rolek. No chyba, że pod górę. Poniżej na zdjęciu z trenerem psychy.

Robert - jedyny kibic. Grafik. Lubi tylko rower więc preferuje matarony MTB. W AR jeszcze nie zadebiutował. Ale już my go kiedyś namówimy.

button stats bikestats.pl

Marek "Makhi" - największa nadzieja skrzydłonogich. Za dużo i za regularnie trenuje. Nadaje się na pojazd holowniczy. UWAGA: absolutnie nie dawać mu do ręki kompasu i mapy.


Żony - element stanowiący górne ograniczenie zawodników w dążeniu do nieskończoności. Przyczyna wyrzutów sumienia. Niezbędny element wsparcia:

- Co? W wekend Cię znowu nie ma? Znowu masz jakieś zawody?

- Co dzisiaj robisz? Znowu idziesz biegać/na rower? Przecież wczoraj już to robiłeś?

- Które mieliście miejsce? Co tak słabo?

wtorek, 29 lipca 2008
Mgnienia ? Wielkopolska Szybka Setka 2008

Oczko wodne ? element topografii terenu. W Wielkopolsce zagłębienie terenu nie mające nic wspólnego z wodą. Porośnięte roślinnością występującą zazwyczaj w sąsiedztwie wody. Świetne miejsce do nauki chodzenia po wodzie na sucho. Przyczyny zniknięcia wody pozostają dotychczas nie wyjaśnione. Pojawiło się podejrzenie, że zawodnicy z czołówki byli bardzo spragnieni.

Zdjęcia

- Po co ty ciągasz ten aparat na starty

- A wiesz potem się można zdjęciami pochwalić w pracy, dzieciom, wnukom...

- Koronerowi...

Zwierzątko

Mam ! Mój pierwszy sleep monster ! Wyhodowany na wielkopolskiej ziemi. Katalizatorem okazał się zabójczo nudny, pozbawiony jakichkolwiek atrakcji nawigacyjnych prosty odcinek pomiędzy PK4 a PK5. Podaję przepis: 4 nad ranem, trzykilometrowa prosta droga na której nie można się zgubić, brak rozmowy, brak konieczności spoglądania na mapę.

Nuda

- Nuda...

- Nuda...

Śmiertelnie zadowolony

Jestem śmiertelnie zadowolony, gdy z naprzeciwka mija mnie kolejny pędzący minimum 120 km/h samochód. Mam przed sobą cudowną asfaltową prostą, pierwszą z trzech kolejno po sobie następujących. Kompletna ekscytacja, za 5 minut może zmieni się widok. Nie zmienił się. Średnia odległość między przydrożnymi drzewami to 20 kroków. Śpieszmy się kochać asfalt tak szybko odchodzi. Muszę się przygotować, już za 1,5 h z niego zejdziemy.

Mapa idealna

Mapy, która tak wspaniale zgadzałaby się z terenem jeszcze nigdy nie spotkałem. Jak wszystko się tak pięknie zgadza z mapą to człowiekowi zaczyna się wydawać, że jest dobrym nawigatorem. Miłe a jak dalekie od prawdy...

Mąż idealny

Nigdzie nie pojechałem na weekend, nie idę trenować, zrobiłem obiad, umyłem naczynia. Raz nawet potrafiłem powtórzyć, co żona do mnie mówiła. Może się wydawać, że jest się dobrym mężem. Miłe a jak dalekie od prawdy...

Euforia

Niezbadana jest przyczyna dlaczego zasuwamy teraz około 6 km/h skoro pół godziny temu, gdzieś na 85 kilometrze siedziałem na przydrożnym betonie i miałem ochotę zrezygnować. Ostatnie 10 km to była męka. Mam dość, chcę zrezygnować ale znowu nie ma pretekstu. Liczymy ile nam zostało do mety i wychodzi nam, że jak się będziemy tak wlekli to możemy wyskoczyć poza limit. Chyba nas to wystraszyło skoro teraz pędzimy jak dwie spłoszone surykatki. A może po prostu chcemy sobie skrócić cierpienia. W końcu to chyba logiczne, że lepiej pomęczyć się 2 a nie 4 godziny.

Motto dnia:

?Dupa, gówno, cycki, szczaki?. Bez komentarza...

Tradycja

Zgodnie z tradycją gdzieś między 60 a 90 kilometrem należy oddać się refleksyjnym i pozbawionym uzasadnienia rozmyślaniom na jeden z dwóch dowolnie wybranych tematów:

- po co ja to robię?

- To już k... ostatni raz, więcej nigdzie nie jadę.

Rozmyślania na powyższe tematy powinny zamykać się maksymalnie w 20 zdaniach i mogą być przeplatane niecenzuralnymi słowami. Dopuszczalne jest łączenie obu tematów. Dopuszczalne jest wielokrotne ponawianie rozmyślań. Nie jest niczym dziwnym jeśli przy każdym kolejnym podejściu do tematu wzrasta odsetek słów niecenzuralnych w stosunku do słów cenzuralnych a zdania się skracają. Prawdopodobnie ostatecznie całość tematu zostanie zamknięta w jednym i prostym ale jednocześnie jakże głębokim słowie na literkę k.

Założenia huraoptymistyczne

No to fajnie jakby się tak udało skończyć w pierwszej 20tce i zrobić czas koło 20h.

Mission failed

Założenia realistyczne

No fajnie byłoby ukończyć.

Mission acomplished

Cmentarzysko

Słonie podobno gdy czują zbliżającą się śmierć udają się na swoje cmentarzysko... Winniczki z całej Wielkopolski udają się na torowisko w okolicach Murowanej Gośliny by pomiędzy torami zakończyć swe życie. Ich wysuszone skorupy spoczywając pośrodku kamieni słuchają stukotu przejeżdżających nad nimi pociągów i świadczą o smutnym ich końcu.

Przecięcie liny

Start jest indywidualny, ale jeśli idziesz z kimś przez 70 km to trudno przeciąć linę. Widzisz, że idzie bardzo ciężko i coraz wolniej. Słyszysz jak mówi, że nie da rady skończyć i żeby go zostawić. Widzisz jak daje z siebie więcej niż 100% ale to i tak nie starcza. Powinieneś przeciąć linę i go zostawić. Nie jesteście drużyną, nie masz wobec niego żadnych zobowiązań. To skąd to poczucie winy, że go zostawiasz i idziesz dalej?

Schabowy

Schabowy jest boski. Zwłaszcza po diecie batonowej. A gdyby tak zaczęli robić batony o smaku schabowym?

Sępy

Szukamy PK11. Droga się skończyła, idziemy przez krzaczory. Od 10 km twierdzę, że nie dam rady i myślę nad jakimś pretekstem, żeby się wycofać. Komary tną niemiłosiernie. Czy można uznać, że niemożność zniesienia kolejnych ukąszeń komarów to powód uzasadniający rezygnację? Hmmm . To chyba nie przejdzie... Zresztą jak zrezygnuję tutaj to nawet nie będę mógł usiąść bo mnie zeżrą. Co za pat.

Pokusa

A gdyby tak na azymut? Jest tam jakaś rzeka ale naokoło jest ze dwa kilometry więcej. No ale na mapie nie ma mostu. No ale dwa kilometry. Czy warto przemoczyć buty już na samym początku? Stopy nie podziękują. No dobra ale jakby padało to byśmy poszli.

Warta

Kilka kilometrów, wzdłuż Warty. Czy było warto? Punkty w fajnych miejscach, tylko te przeloty. To trochę jak film z dwunastoma fajnymi scenami przerywanymi niemal każdorazowo reklamami.

Floryda

Tak bardzo chciałem na Florydę ! Wypatrzyłem taką miejscowość w okolicy i zamarzyłem żeby przebiegała tamtędy trasa maratonu. Już sobie wyobrażałem ten MMS z tablicą z napisem Floryda. Za rok ma być Floryda i basta. FLORYDAAAAAA !!!!!

poniedziałek, 30 czerwca 2008
Motyla Noga – Szarpanina 2008

Paweł to zawsze potrafi mnie podejść. Zamiast się relaksować jadę się uszarpać na jakąś szarpaninę i zadebiutować w klasycznym zespole czteroosobowym. Mimo, że większa część Zaginionych w Akcji w terminie rajdu się szkoliła nie było to dla Pawła problemem. Oznajmił mi, że ma pomysł na skompletowanie zespołu i długo nie trzeba było czekać. On, Kasia, Jurek i ja. Cztery osoby, każda z innego zespołu no i tak powstała Motyla Noga. Jedyną osobą, która znała wcześniej wszystkie części Motylej Nogi jest Paweł ale integracja poszła szybko i sprawnie. Jurek z Kasią poznają się już przy rejestracji:

- W jakim zespole startujesz?

- Hmmm.... jak to było? Motyla Noga.

- O !!! To ja też.

Zanim dojechaliśmy z Pawłem już się zintegrowali. Wieczorna pizza i piwo już w kompletnym składzie dopełnia integracji.

Poranna pobudka i motyla noga trzeba jechać na start. Humory dopisują. Na początek motyla noga krótki bieg na orientację po mieście. Etap krótki i przyjemny. Oczywiście czołówka pogoniła gdzieś do przodu ale bądźmy szczerzy, taka motyla noga to krótka jest i musi dużo szybciej przebierać, żeby nadążyć. Wsiadamy na rowery gdzieś w środku stawki. Pierwszy etap rowerowy bardzo szybki. Lecimy jak motyle noga po maśle. Szybkie asfaltowe warianty. Fajnym przerywnikiem był też fragment jazdy po torach. W końcówce jedziemy wzdłuż kanału, którym za chwilę mamy płynąć i tak sobie w duchu myślę ... motyla noga silny ten nurt jak my tym popłyniemy? Obawy okazały się słuszne jak motyla noga w dobrej sprawie. Po około pięciu minutach prób płynięcia pod prąd, wyskakujemy z kajaków zapuszczamy motyle nogi w wodę i ciągniemy kajaki pod silny prąd. Po kolejnych pięciu minutach wyciągamy kajaki na drogę i rozpoczynamy bardzo długi spacer z kajakami na smyczy... Tak ze dwa kilometry... Kiedy w końcu docieramy do miejsca gdzie da się płynąć nasza radość nie trwa zbyt długo. Rzeka szybko robi się wąska jak motyla noga. I w dodatku zachwaszczona jak nieogolona motyla noga. Więcej w tym wszystkim przepychania kajaka przez kolejne konary i brodzenia w błocie niż płynięcia. Oj padło w czasie tego etapu kilka brzydkich słów w stronę budowniczego trasy... No może nie kilka tylko kilkadziesiąt. Dopiero końcówka etapu kajakowego nadaje się do popływania. Choć długi odcinek spławny również nie jest sprzyjający bo nie ma jak wylewać wody z kajaka, który na początku lekko przeciekał a teraz bierze wodę już pełną parą i końcówkę płyniemy jak w wannie. Reasumując etap kajakowy mógł się tak nazywać tylko dlatego, że obowiązkowym elementem wyposażenia był na nim kajak. Poza tym był to raczej etap pieszy z krótkimi elementami pływania. Może byłoby lepiej gdyby był rozgrywany z prądem...

Z radością prostujemy w końcu motyle nóżki i biegniemy na przepak. Szybka zmiana obuwia na suche i ruszamy na trekking. Pierwsze punkty bez historii. Tniemy na motyli azymut i udaje się wychodzić idealnie na punkty. Na zadanie specjalne ze ścianką wbiegamy tuż za Napierajami. W międzyczasie za nami pojawiają się jeszcze trzy drużyny więc jest dość tłoczno. Wchodzimy do górnej stacji kolejki i zbiegamy w dół do drugiego zadania specjalnego. W międzyczasie nasza drużyna się powiększa. Od kilku kilometrów towarzyszy nam kilkadziesiąt brzęczących much. Ze zrozumiałych względów wolelibyśmy żeby to były motyle. Po pływaniu zabieramy nasze muchy oraz kilka obcych i ruszamy na linię obowiązkowego przejścia. Po etapie kajakowym jest to kolejny fragment gdzie można było powiedzieć kilka soczystych słów o budowniczym trasy. Cienka motyla skóra ma okazję zapoznać się wszelkiego rodzaju kolcami. Cienkie i długie. Małe i krótkie. Te kłując, te drapiące, te szarpiące... Chyba już wiemy co czują motyle nabijane na szpilki. Niech żyje ruch obrony motyli ... Na tarasie widokowym jesteśmy na 10 miejscu, tuż za nami kolejna drużyna. Oczywiście pełni ciepłych wspomnień po ostatnim fragmencie wariant w dół wybieramy w linii prostej przez kolce. Ot takie ustawienie punktów, że dobrowolnie i ochoczo włazimy między kłujki. Na punkt trafiamy nie za dobrze. Przestrzeliliśmy o jakieś cztery motyle nogi czyli około 10 metrów. Przeskakując ostatni rów trafiam na jakiś szczególnie przyjacielski kolec który przebija podeszwę buta i wbija się w duży motyli paluch mojej motylej nogi. Zasadnicza część tego kolca o średnicy kilku milimetrów została wydłubana z podeszwy po rajdzie. Część mniej zasadnicza została wydłubana również po rajdzie z dużego palca. Podsumowując kolczasta końcówka etapu pieszego podobnie jak kajaki na pewno zostanie w pamięci i w sumie o to chodzi. Po ochłonięciu plus dla budowniczego trasy.

No to zostały tylko rowery. No właśnie zostały... gdzieś po drodze. No i to co by nie mówić to największa wtopa organizatorów. Czekamy nie tylko my. Czekamy długo... Drużyna, która była tuż za nami, już dawno odjechała. W międzyczasie trzy kolejne a my czekamy... jak motyla noga w smole. W końcu rowery docierają ale tylko dwa. Na kolejne dwa czekamy kolejne 15 minut. W efekcie łączny czas oczekiwania 53 minuty odliczone od naszego czasu na mecie. Co by nie mówić naturalna rywalizacji została naruszona. Na pewno zespoły, które czekały odpoczęły. Pewnie to pomogło ale przecież nikt nie określi ile dzięki temu nadrobiły na etapie rowerowym. Nikt nie jest w stanie określić czy było to 5, 10 czy 15 minut. A może brak bezpośredniej rywalizacji i widoku zespołu na celowniku spowodował, że w efekcie była to strata a nie zysk? Jakakolwiek by była decyzja sędziowska i tak nie udałoby się już odtworzyć prawdziwej rywalizacji i wyników.

Ale wracajmy do samej trasy. Najpierw wjazd na szczyt Góry Kamieńsk i bardzo szybki zjazd (u mnie licznik doszedł do 67km/h ale dało się spokojnie zrobić jeszcze więcej). Potem dość fajne punkty po płaskim i sporo po lesie. Niestety na PK23 popełniamy bardzo kosztowną pomyłkę. O jeden róg polany za daleko ... i w efekcie szukamy punktu z pół kilometra na północny zachód od właściwego miejsca. Szukanie sporego skądinąd jeziora w złym miejscu i naprawa błędu kosztowała nas około pół godziny. To był nasz jedyny błąd nawigacyjny w całym rajdzie i te pół godziny mogło nam dać w efekcie awans nawet o trzy miejsca. Szkoda. Końcówka etapu już bez większych przygód. Bardzo fajny zjazd na linie (motyla noga w końcu w powietrzu!!!) i meldujemy się na mecie. Trzysta metrów przed metą Jurek zalicza jeszcze bardzo efektowną glebę na krawężniku (zapomniał że to motyla noga a nie motyle skrzydło). Na szczęście udaje się uniknąć obrażeń. Miejsce 11. Jak już pisałem mogło być odrobinę lepiej ale nie ma co gdybać. Jak na debiut w zespole czteroosobowym fantastycznie mi się startowało. Współpraca w zespole jak dla mnie wspaniała. Jeśli tylko Paweł, Jurek albo Kasia zaproponują mi jeszcze kiedyś wspólny start, to na pewno nie odmówię. Jeszcze raz dzięki za wspólny start. W takim towarzystwie to była czysta przyjemność.

Dla organizatorów wielki plus za fajną trasę. Po nabraniu dystansu do tematu: plus również za wyprowadzanie kajaków na spacer i plus za górę Kamieńsk i niestety wielki minus za zaburzenie rywalizacji spowodowane niedostarczeniem rowerów. Całość i tak na plus więc za rok motyla noga chętnie znów wystartuję.

Bazyl

PS. Nędzna mu ta relacja wyszła jak nigdy. Błysku i polotu w niej nie ma nawet na motylą nogę. Nie dość, że ciągle go w domu nie ma to jeszcze nawet przyzwoitej relacji kanalia napisać nie umie.

Żona Bazyla

PS2. A gadaj sobie co chcesz i tak Cię kocham.

Bazyl

poniedziałek, 26 maja 2008
Kierat 2008 - Dla Sławy i Pieniędzy

... dla sławy i pieniędzy. Tacy jak ja nie zawsze łapią się na zamknięcie mety a co tu dopiero o sławie mówić. Tak miało pięknie być, wywiady miały być... A w sumie czemu nie. Jeśli nikt nie chce przeprowadzić z tobą wywiadu przeprowadź go sam...

Reporter magazynu „Świat wg Bogdana”: W dniach 16-18 maja w stolicy Beskidu Wyspowego Limanowej wystartował Pan po raz trzeci w Kieracie. Po co? I o co w ogóle chodzi w tej imprezie?
Bazyl: Jak to po co? Oczywiście, że dla sławy i pieniędzy. Generalnie w imprezie chodzi o to żeby za pomocą własnych stóp maksymalnie długo i mozolnie pokonywać odległość, którą przeciętny samochód z lekkim naruszeniem przepisów drogowych pokonuje w około 1 godzinę i 10 minut. No więc tak sobie idziemy i idziemy a na końcu i tak docieramy do punktu wyjścia.
Reporter: Logiczne i celowe. No więc wybiła 18 i ruszyliście z kopyta...
Bazyl: No może powiedzmy lepiej, że niektórzy ruszyli z kopyta... My raczej zaczęliśmy spokojnie. No i oczywiście od razu zaliczyliśmy piękną wtopę. Przestrzeganie zasady: „do pierwszego PK nie ma co wyjmować mapy przecież tłum cię poprowadzi” zaowocowało wycieczką w stronę Słopnic i dodatkowymi kilometrami. Gdy zorientowałem się, że coś jest nie tak i wyciągnąłem mapę było już za późno. No ale do pozytywów tego odcinka należy zaliczyć to, że Diesel przebiegł około 100 metrów (no dobra może 75 metrów) w tempie około 7 km/h, czym pokazał konkurencji, że jesteśmy mocni i trzeba się z nami liczyć.
Reporter: Kto to jest Diesel ? Czy stosowanie silników było dozwolone?
Bazyl: Diesel to kolega, którego poznałem dokładnie rok temu na Kieracie. W sumie jest dosyć małe prawdopodobieństwo, że jeśli z jakiegoś miasta na 200 osób startuje dwie to spotkają się one na trasie, ale tak się stało w zeszłym roku. Spotkaliśmy się pod szczytem góry Łopień i posiedzieliśmy tam razem kilkadziesiąt minut w niezwykle uroczej burzy. Potem okazało się, że jesteśmy z jednego miasta no i doleźliśmy razem do mety. Tak się zaczęła nasza znajomość. Teraz czasem zrobimy jakiś wspólny trening, czasem jakiś start. W tym roku na starcie dołączył do nas jeszcze znajomy Diesla – Konrad.
Reporter: Ale może wróćmy do trasy. Po PK1 zaczęliście pogoń za czołówką.
Bazyl: Można tak powiedzieć. Taki był plan. Niestety trochę za bardzo wyrzuciło nas na zachód w stronę Słopnic Górnych i w efekcie zaliczyliśmy pierwsze poza drogowe warianty łąkowe, przemoczyliśmy buty i straciliśmy kilka minut. No ale na szczęście tuż przed przełęczą Słopnicką zaczęła się ulewa więc nie musieliśmy się martwić, że wcześniej niepotrzebnie przemoczyliśmy buty. Od Przełęczy Słopnickiej do PK2 już bez przygód.
Reporter: Czyli w wyniku tych błędów pewnie wypadliście z pierwszej dziesiątki.
Bazyl: Zgadza się. Na PK2 usłyszeliśmy, że jesteśmy około 220 miejsca. Trochę nas to otrzeźwiło. A może zrobił to deszcz? W każdym bądź razie do PK3 nigdzie się nie zgubiliśmy i nadrobiliśmy kilka miejsc. Na PK3 zaliczyliśmy kapitalny szybki pitstop. Podbicie kart i uzupełnienie paliwa zajęło nam około 3 minut. Jeśli dodam, że w drodze do PK4 również nie zaliczyliśmy żadnych bonusowych kilometrów to nic dziwnego, że usłyszeliśmy tam, że awansowaliśmy gdzieś w okolicę 150 miejsca. Co prawda niedaleko PK4 jakiś sabotażysta wpuścił na drogę salamandrę przez co straciliśmy około minuty przeprowadzając ją na drugą stronę jezdni.
Reporter: No a potem poszło jak po sznurku...
Bazyl: Niezupełnie. Bardziej po błocie niż po sznurku. Na błotnistej drodze w swoim żywiole poczuł się Diesel. Tempo, które narzucił spowodowało, że mijaliśmy kolejne osoby. W dodatku, co było miłym zaskoczeniem udało się znaleźć lotny PK. Co prawda tu lekka uwaga do sędziów. Punkt był postawiony po zewnętrznej stronie zakrętu a przecież wiadomo, że chcąc zachować optymalną linię przejścia dobrzy technicznie zawodnicy raczej schodzili do wewnętrznej. Tak czy siak jak wspomniałem Diesel wyżywał się na błocie i trzeba było się napocić, żeby go nie zgubić. Dopadliśmy schroniska na Turbaczu gdzie zaliczyliśmy kolejny szybki pitstop. Raz, że powietrze wewnątrz schroniska można było kroić nożem, dwa że uznaliśmy zmianę skarpet na suche za zbędną. Po co tracić 5 minut na zmianę jak za dwie i tak będą mokre. I tak muszę wyrazić swoją wdzięczność, że chłopaki pozwoliły mi dopić herbatę. Na zejściu z Turbacza powitał nas świt co w zestawieniu z przepięknym zielonym szlakiem zostawiło niezapomniane wrażenia. Zwłaszcza wschód słońca z Turbaczyka na długo pozostanie w pamięci. No ale my tu gadu gadu a tam toczyła się walka. Na PK8 usłyszeliśmy, że jesteśmy około 70 miejsca.
Reporter: Jaka była wasza strata do lidera?
Bazyl: Niewielka. Tak koło 6 godzin. No ale teraz zaczął się etap gdzie miało być ciekawiej. Stopy coś tam zaczęły protestować, że już tak długo mokro, ale nie dosłyszałem szczegółów. Wariant do PK9 wybraliśmy przełajowy. Najpierw w dół na północny wschód do strumyka, potem kawałek wzdłuż strumyka na północ i po dojściu do skraju lasu na azymut do Koniny. Trafiliśmy prawie idealnie na most w Koninie. No i w końcu nie było błota. Sucho też nie było ale jak pięknie trawa umyła buty... Z Koniny do osiedla Krzysztofy też tak trochę po swojemu. Lekko nas zdmuchnęło na południe co prostowaliśmy na azymut przez lasek. Liczyliśmy na drogę koło strumyka i była. Szkoda tylko, że prowadziła środkiem strumyka. Tak czy tak mijamy Krzysztofy i zatrzymujemy się w sklepie. Jak z tego sklepu udało nam się dojść na PK9 od południa i zwiedzając po drodze piękny i głęboki jar niech już pozostanie naszą tajemnicą.
Reporter: Proszę się nie przejmować tym, że śpię. Niech Pan opowiada.
Bazyl: No to tak w telegraficznym skrócie. Do PK10 bez problemów. Na pewno mogę polecić do odwiedzenia przepiękną dolinę Wierzbienicy. Słonko zaczęło już trochę przygrzewać dlatego na PK10 zapadła decyzja o zmianie skarpetek. Stopy mocno namoknięte chyba się nawet ucieszyły. No i człowiek zaczął potem zwracać już uwagę gdzie stawia stopy. W drodze do PK 11 pojawiła się nawet zaskakująca autostrada, której nie ma na mapie  przecinająca północne stoki Krzystonowa. Skąd i dokąd prowadziła nie mam pojęcia. Na naszej dalszej drodze do PK12 stała Mogielica. Diesel ogłosił konkurs na znalezienie sposobu obejścia szczytu. Ufundował nawet nagrodę w postaci piwa dla znalazcy. No to się znalazł sposób. Obeszliśmy sam wierzchołek od zachodu. Drogą do niebieskiego szlaku i potem od rogu polany w górę do zielonego. Oszczędność nie za duża może z 80 metrów w pionie podejścia i tyle samo zejścia no ale zawsze. Wiadomo, że Diesle są oszczędne (kutwy-jak sam o sobie mawia) ale z obietnicy się wywiązał i piwo na mecie było. Smakowało super i bardzo zimne było, a jakie miałem po nim dreszcze... Na PK12 nasz najdłuższy postój na trasie. Około 15 minut to zasługa przepysznego żurku i herbaty z miodem.
Reporter: No a przed Wami był Łopień. Pewnie wróciły wspomnienia sprzed roku.
Bazyl: O tak. Zdecydowanie. Zbliżając się w tą stronę myślałem sobie jaka to byłaby perfidia/wyrafinowanie losu jakbyśmy znowu trafili na burzę na Łopieniu. Na szczęście spóźniła się albo to my byliśmy za wcześnie. Ale Łopień i tak nas zaskoczył. Nic nam się nie zgadzało z mapą. Na szczęście zupełnie przypadkowo trafiamy na leśniczówkę i była to jedyna rzecz, która zgadzała się z mapą. I tuż obok przebiegał żółty szlak rowerowy. Ponieważ koło niego miał być punkt postanawiamy się go trzymać. Dzięki temu mogliśmy poznać jego dokładny przebieg. Jest on niewątpliwie zjawiskowy. Osoba, która go wytyczyła albo była wybitnym rowerzystą albo samobójcą. Nachylenie niektórych fragmentów, ciężkich nawet do przejścia powodowało, że ciekawiło mnie czy ktoś tamtędy kiedykolwiek zjechał lub podjechał rowerem.
Reporter: To był już 80 km. Jak było z formą?
Bazyl: Diesel jak to Diesel nie wykazywał absolutnie żadnych oznak zużycia. Konrad bardzo cierpiał na zejściach i marzył o 20km. podejściu do mety. U mnie kiepsko. Rozmokłe stopy dość mocno kłuły przy chodzeniu a poza tym dawało się we znaki ogólne zmęczenie. Zaczęły się myśli „po co o robię” i „nigdy więcej”. Zacząłem nawet szukać jakiegoś pretekstu żeby się wycofać ale jakoś nic się nie znalazło. No ale tak jak mówiłeś to był 80 km. Zostało 20 km. Co to jest? Zresztą po Łopieniu to już miało być w zasadzie po płaskim. Niestety dokładna analiza mapy i wysokości ujawniła nam, że na PK14 jest 200m w pionie. Ups. No ale doczłapaliśmy.
Reporter: No i co pewnie tak już do końca bez adrenalinki?
Bazyl: No nie zupełnie. Bo od PK14 sporo się działo. Najpierw na punkcie dogonił nas nasz guru nawigacji. Jeśli wiecie kto zaliczył wszystkie punkty tegorocznego Skorpiona ale nie zmieścił się w limicie czasu, to był właśnie on. Na ubiegłym Kieracie goniliśmy go na kilku kilometrach w końcówce i teraz zrobiliśmy to samo. Gwarantowało nam to szybszy marsz i zero problemów z nawigacją (ot tylko kontrolne spoglądanie na mapę żeby wiedzieć gdzie jesteśmy jakby „zając” nas zgubił). No ale żeby nie było za różowo to zaraz za PK14 pojawiła się spóźniona burza. Ta która miała być na Łopieniu. Nie wiem czy właściwe jest tu powiedzenie, że lepiej późno niż wcale. No i grzmiało i lało aż nas kompletnie przelało. Niestety nie było mowy o zatrzymaniu bo zgubilibyśmy naszego nawigatora. W tym miejscu podziękowanie dla niego bo oceniliśmy, że oszczędził nam przynajmniej z godzinę cierpienia. Na pocieszenie po burzy pojawia się śliczna tęcza. No i tak kompletnie nawodnieni docieramy do PK15.
Reporter: No to zostało 7km. z górki czyli w końcu mogliście pobiec.
Bazyl: Niezupełnie. Raczej pełni cierpienia i pokory poczłapaliśmy do mety. Asfalt jest bardzo wrogi dla przemoczonych i kłujących stóp. Bardzo się dłużyły te ostatnie kilometry. Ostatecznie skończyliśmy z czasem 26:55 na 47 miejscu. Nic tylko się cieszyć, wynik o ponad 5 godzin lepszy niż rok temu, kolejna setka zaliczona i nawet co jest kompletnym zaskoczeniem nie jesteśmy na końcu stawki. Może to dziwne to była moja pierwsza setka, po której na mecie nie czułem radości. Czułem tylko zmęczenie. Dotychczas zawsze była to idealna mieszanina zmęczenia i radości.
Reporter: Czyli co? Tyle gadania a ty mi teraz mówisz, że nie było warto?
Bazyl: Bynajmniej. Było i to bardzo. Zmęczenie minęło już w niedzielę rano. Wróciła radość, satysfakcja i postanowienie, że wrócę za rok.
Reporter: Żeby wygrać?
Bazyl: Oczywiście! Każdy ma swoją wygraną. Dla niektórych jest to pierwsze miejsce, dla niektórych dojście do mety czy sama decyzja o starcie. W niedzielę na parkingu zamieniliśmy kilka słów z Pawłem Dybkiem. Nie chciał powiedzieć jak on to robi. No ale nic dziwnego. Przecież przez cały czas musiał czuć nasz oddech na karku. Mieliśmy do niego tylko niecałe 13 godzin straty. Ta niewielka strata powodowała, że nie mógł sobie pozwolić nawet na chwilę dekoncentracji bo wiedział, że czaimy się tam za jego plecami, że wykorzystamy każde jego potknięcie.
Reporter: To kiedy z nim wygracie?
Bazyl: Na pewno nie będzie to za rok ani nawet za 10 lat. Najprawdopodobniej najwcześniej może mieć to miejsce w przyszłym życiu.
Reporter: I co teraz? Miesiąc w sanatorium?
Bazyl: Okazuje się, że nie jest tak źle. Już dwa dni po Kieracie udało się zaliczyć pierwsze 10km lekkiego biegania. Okazało się, że stopy po wyschnięciu nadają się nawet całkiem do użytku. No a już niedługo jedziemy dalej szukać sławy i pieniędzy. Tym razem żadni Sławy i Pieniędzy będziemy zamykać stawkę na Szarpaninie.
Reporter: Zatem życzę powodzenia. I myślę, że na tym zakończmy ten wywiad. Do widzenia.


P.S. Reporter: Przepraszam a nie wie Pan może gdzie mógłbym spotkać tego Pawła Dybka?
Bazyl: Na podium Panie Reporter, na podium. Konkretnie na najwyższym stopniu.