Kategorie: Wszystkie | Myśli nieuczesane | O nas | Relacje | Wyniki/Plany
RSS
poniedziałek, 26 maja 2008
Kierat 2008 - Dla Sławy i Pieniędzy

... dla sławy i pieniędzy. Tacy jak ja nie zawsze łapią się na zamknięcie mety a co tu dopiero o sławie mówić. Tak miało pięknie być, wywiady miały być... A w sumie czemu nie. Jeśli nikt nie chce przeprowadzić z tobą wywiadu przeprowadź go sam...

Reporter magazynu „Świat wg Bogdana”: W dniach 16-18 maja w stolicy Beskidu Wyspowego Limanowej wystartował Pan po raz trzeci w Kieracie. Po co? I o co w ogóle chodzi w tej imprezie?
Bazyl: Jak to po co? Oczywiście, że dla sławy i pieniędzy. Generalnie w imprezie chodzi o to żeby za pomocą własnych stóp maksymalnie długo i mozolnie pokonywać odległość, którą przeciętny samochód z lekkim naruszeniem przepisów drogowych pokonuje w około 1 godzinę i 10 minut. No więc tak sobie idziemy i idziemy a na końcu i tak docieramy do punktu wyjścia.
Reporter: Logiczne i celowe. No więc wybiła 18 i ruszyliście z kopyta...
Bazyl: No może powiedzmy lepiej, że niektórzy ruszyli z kopyta... My raczej zaczęliśmy spokojnie. No i oczywiście od razu zaliczyliśmy piękną wtopę. Przestrzeganie zasady: „do pierwszego PK nie ma co wyjmować mapy przecież tłum cię poprowadzi” zaowocowało wycieczką w stronę Słopnic i dodatkowymi kilometrami. Gdy zorientowałem się, że coś jest nie tak i wyciągnąłem mapę było już za późno. No ale do pozytywów tego odcinka należy zaliczyć to, że Diesel przebiegł około 100 metrów (no dobra może 75 metrów) w tempie około 7 km/h, czym pokazał konkurencji, że jesteśmy mocni i trzeba się z nami liczyć.
Reporter: Kto to jest Diesel ? Czy stosowanie silników było dozwolone?
Bazyl: Diesel to kolega, którego poznałem dokładnie rok temu na Kieracie. W sumie jest dosyć małe prawdopodobieństwo, że jeśli z jakiegoś miasta na 200 osób startuje dwie to spotkają się one na trasie, ale tak się stało w zeszłym roku. Spotkaliśmy się pod szczytem góry Łopień i posiedzieliśmy tam razem kilkadziesiąt minut w niezwykle uroczej burzy. Potem okazało się, że jesteśmy z jednego miasta no i doleźliśmy razem do mety. Tak się zaczęła nasza znajomość. Teraz czasem zrobimy jakiś wspólny trening, czasem jakiś start. W tym roku na starcie dołączył do nas jeszcze znajomy Diesla – Konrad.
Reporter: Ale może wróćmy do trasy. Po PK1 zaczęliście pogoń za czołówką.
Bazyl: Można tak powiedzieć. Taki był plan. Niestety trochę za bardzo wyrzuciło nas na zachód w stronę Słopnic Górnych i w efekcie zaliczyliśmy pierwsze poza drogowe warianty łąkowe, przemoczyliśmy buty i straciliśmy kilka minut. No ale na szczęście tuż przed przełęczą Słopnicką zaczęła się ulewa więc nie musieliśmy się martwić, że wcześniej niepotrzebnie przemoczyliśmy buty. Od Przełęczy Słopnickiej do PK2 już bez przygód.
Reporter: Czyli w wyniku tych błędów pewnie wypadliście z pierwszej dziesiątki.
Bazyl: Zgadza się. Na PK2 usłyszeliśmy, że jesteśmy około 220 miejsca. Trochę nas to otrzeźwiło. A może zrobił to deszcz? W każdym bądź razie do PK3 nigdzie się nie zgubiliśmy i nadrobiliśmy kilka miejsc. Na PK3 zaliczyliśmy kapitalny szybki pitstop. Podbicie kart i uzupełnienie paliwa zajęło nam około 3 minut. Jeśli dodam, że w drodze do PK4 również nie zaliczyliśmy żadnych bonusowych kilometrów to nic dziwnego, że usłyszeliśmy tam, że awansowaliśmy gdzieś w okolicę 150 miejsca. Co prawda niedaleko PK4 jakiś sabotażysta wpuścił na drogę salamandrę przez co straciliśmy około minuty przeprowadzając ją na drugą stronę jezdni.
Reporter: No a potem poszło jak po sznurku...
Bazyl: Niezupełnie. Bardziej po błocie niż po sznurku. Na błotnistej drodze w swoim żywiole poczuł się Diesel. Tempo, które narzucił spowodowało, że mijaliśmy kolejne osoby. W dodatku, co było miłym zaskoczeniem udało się znaleźć lotny PK. Co prawda tu lekka uwaga do sędziów. Punkt był postawiony po zewnętrznej stronie zakrętu a przecież wiadomo, że chcąc zachować optymalną linię przejścia dobrzy technicznie zawodnicy raczej schodzili do wewnętrznej. Tak czy siak jak wspomniałem Diesel wyżywał się na błocie i trzeba było się napocić, żeby go nie zgubić. Dopadliśmy schroniska na Turbaczu gdzie zaliczyliśmy kolejny szybki pitstop. Raz, że powietrze wewnątrz schroniska można było kroić nożem, dwa że uznaliśmy zmianę skarpet na suche za zbędną. Po co tracić 5 minut na zmianę jak za dwie i tak będą mokre. I tak muszę wyrazić swoją wdzięczność, że chłopaki pozwoliły mi dopić herbatę. Na zejściu z Turbacza powitał nas świt co w zestawieniu z przepięknym zielonym szlakiem zostawiło niezapomniane wrażenia. Zwłaszcza wschód słońca z Turbaczyka na długo pozostanie w pamięci. No ale my tu gadu gadu a tam toczyła się walka. Na PK8 usłyszeliśmy, że jesteśmy około 70 miejsca.
Reporter: Jaka była wasza strata do lidera?
Bazyl: Niewielka. Tak koło 6 godzin. No ale teraz zaczął się etap gdzie miało być ciekawiej. Stopy coś tam zaczęły protestować, że już tak długo mokro, ale nie dosłyszałem szczegółów. Wariant do PK9 wybraliśmy przełajowy. Najpierw w dół na północny wschód do strumyka, potem kawałek wzdłuż strumyka na północ i po dojściu do skraju lasu na azymut do Koniny. Trafiliśmy prawie idealnie na most w Koninie. No i w końcu nie było błota. Sucho też nie było ale jak pięknie trawa umyła buty... Z Koniny do osiedla Krzysztofy też tak trochę po swojemu. Lekko nas zdmuchnęło na południe co prostowaliśmy na azymut przez lasek. Liczyliśmy na drogę koło strumyka i była. Szkoda tylko, że prowadziła środkiem strumyka. Tak czy tak mijamy Krzysztofy i zatrzymujemy się w sklepie. Jak z tego sklepu udało nam się dojść na PK9 od południa i zwiedzając po drodze piękny i głęboki jar niech już pozostanie naszą tajemnicą.
Reporter: Proszę się nie przejmować tym, że śpię. Niech Pan opowiada.
Bazyl: No to tak w telegraficznym skrócie. Do PK10 bez problemów. Na pewno mogę polecić do odwiedzenia przepiękną dolinę Wierzbienicy. Słonko zaczęło już trochę przygrzewać dlatego na PK10 zapadła decyzja o zmianie skarpetek. Stopy mocno namoknięte chyba się nawet ucieszyły. No i człowiek zaczął potem zwracać już uwagę gdzie stawia stopy. W drodze do PK 11 pojawiła się nawet zaskakująca autostrada, której nie ma na mapie  przecinająca północne stoki Krzystonowa. Skąd i dokąd prowadziła nie mam pojęcia. Na naszej dalszej drodze do PK12 stała Mogielica. Diesel ogłosił konkurs na znalezienie sposobu obejścia szczytu. Ufundował nawet nagrodę w postaci piwa dla znalazcy. No to się znalazł sposób. Obeszliśmy sam wierzchołek od zachodu. Drogą do niebieskiego szlaku i potem od rogu polany w górę do zielonego. Oszczędność nie za duża może z 80 metrów w pionie podejścia i tyle samo zejścia no ale zawsze. Wiadomo, że Diesle są oszczędne (kutwy-jak sam o sobie mawia) ale z obietnicy się wywiązał i piwo na mecie było. Smakowało super i bardzo zimne było, a jakie miałem po nim dreszcze... Na PK12 nasz najdłuższy postój na trasie. Około 15 minut to zasługa przepysznego żurku i herbaty z miodem.
Reporter: No a przed Wami był Łopień. Pewnie wróciły wspomnienia sprzed roku.
Bazyl: O tak. Zdecydowanie. Zbliżając się w tą stronę myślałem sobie jaka to byłaby perfidia/wyrafinowanie losu jakbyśmy znowu trafili na burzę na Łopieniu. Na szczęście spóźniła się albo to my byliśmy za wcześnie. Ale Łopień i tak nas zaskoczył. Nic nam się nie zgadzało z mapą. Na szczęście zupełnie przypadkowo trafiamy na leśniczówkę i była to jedyna rzecz, która zgadzała się z mapą. I tuż obok przebiegał żółty szlak rowerowy. Ponieważ koło niego miał być punkt postanawiamy się go trzymać. Dzięki temu mogliśmy poznać jego dokładny przebieg. Jest on niewątpliwie zjawiskowy. Osoba, która go wytyczyła albo była wybitnym rowerzystą albo samobójcą. Nachylenie niektórych fragmentów, ciężkich nawet do przejścia powodowało, że ciekawiło mnie czy ktoś tamtędy kiedykolwiek zjechał lub podjechał rowerem.
Reporter: To był już 80 km. Jak było z formą?
Bazyl: Diesel jak to Diesel nie wykazywał absolutnie żadnych oznak zużycia. Konrad bardzo cierpiał na zejściach i marzył o 20km. podejściu do mety. U mnie kiepsko. Rozmokłe stopy dość mocno kłuły przy chodzeniu a poza tym dawało się we znaki ogólne zmęczenie. Zaczęły się myśli „po co o robię” i „nigdy więcej”. Zacząłem nawet szukać jakiegoś pretekstu żeby się wycofać ale jakoś nic się nie znalazło. No ale tak jak mówiłeś to był 80 km. Zostało 20 km. Co to jest? Zresztą po Łopieniu to już miało być w zasadzie po płaskim. Niestety dokładna analiza mapy i wysokości ujawniła nam, że na PK14 jest 200m w pionie. Ups. No ale doczłapaliśmy.
Reporter: No i co pewnie tak już do końca bez adrenalinki?
Bazyl: No nie zupełnie. Bo od PK14 sporo się działo. Najpierw na punkcie dogonił nas nasz guru nawigacji. Jeśli wiecie kto zaliczył wszystkie punkty tegorocznego Skorpiona ale nie zmieścił się w limicie czasu, to był właśnie on. Na ubiegłym Kieracie goniliśmy go na kilku kilometrach w końcówce i teraz zrobiliśmy to samo. Gwarantowało nam to szybszy marsz i zero problemów z nawigacją (ot tylko kontrolne spoglądanie na mapę żeby wiedzieć gdzie jesteśmy jakby „zając” nas zgubił). No ale żeby nie było za różowo to zaraz za PK14 pojawiła się spóźniona burza. Ta która miała być na Łopieniu. Nie wiem czy właściwe jest tu powiedzenie, że lepiej późno niż wcale. No i grzmiało i lało aż nas kompletnie przelało. Niestety nie było mowy o zatrzymaniu bo zgubilibyśmy naszego nawigatora. W tym miejscu podziękowanie dla niego bo oceniliśmy, że oszczędził nam przynajmniej z godzinę cierpienia. Na pocieszenie po burzy pojawia się śliczna tęcza. No i tak kompletnie nawodnieni docieramy do PK15.
Reporter: No to zostało 7km. z górki czyli w końcu mogliście pobiec.
Bazyl: Niezupełnie. Raczej pełni cierpienia i pokory poczłapaliśmy do mety. Asfalt jest bardzo wrogi dla przemoczonych i kłujących stóp. Bardzo się dłużyły te ostatnie kilometry. Ostatecznie skończyliśmy z czasem 26:55 na 47 miejscu. Nic tylko się cieszyć, wynik o ponad 5 godzin lepszy niż rok temu, kolejna setka zaliczona i nawet co jest kompletnym zaskoczeniem nie jesteśmy na końcu stawki. Może to dziwne to była moja pierwsza setka, po której na mecie nie czułem radości. Czułem tylko zmęczenie. Dotychczas zawsze była to idealna mieszanina zmęczenia i radości.
Reporter: Czyli co? Tyle gadania a ty mi teraz mówisz, że nie było warto?
Bazyl: Bynajmniej. Było i to bardzo. Zmęczenie minęło już w niedzielę rano. Wróciła radość, satysfakcja i postanowienie, że wrócę za rok.
Reporter: Żeby wygrać?
Bazyl: Oczywiście! Każdy ma swoją wygraną. Dla niektórych jest to pierwsze miejsce, dla niektórych dojście do mety czy sama decyzja o starcie. W niedzielę na parkingu zamieniliśmy kilka słów z Pawłem Dybkiem. Nie chciał powiedzieć jak on to robi. No ale nic dziwnego. Przecież przez cały czas musiał czuć nasz oddech na karku. Mieliśmy do niego tylko niecałe 13 godzin straty. Ta niewielka strata powodowała, że nie mógł sobie pozwolić nawet na chwilę dekoncentracji bo wiedział, że czaimy się tam za jego plecami, że wykorzystamy każde jego potknięcie.
Reporter: To kiedy z nim wygracie?
Bazyl: Na pewno nie będzie to za rok ani nawet za 10 lat. Najprawdopodobniej najwcześniej może mieć to miejsce w przyszłym życiu.
Reporter: I co teraz? Miesiąc w sanatorium?
Bazyl: Okazuje się, że nie jest tak źle. Już dwa dni po Kieracie udało się zaliczyć pierwsze 10km lekkiego biegania. Okazało się, że stopy po wyschnięciu nadają się nawet całkiem do użytku. No a już niedługo jedziemy dalej szukać sławy i pieniędzy. Tym razem żadni Sławy i Pieniędzy będziemy zamykać stawkę na Szarpaninie.
Reporter: Zatem życzę powodzenia. I myślę, że na tym zakończmy ten wywiad. Do widzenia.


P.S. Reporter: Przepraszam a nie wie Pan może gdzie mógłbym spotkać tego Pawła Dybka?
Bazyl: Na podium Panie Reporter, na podium. Konkretnie na najwyższym stopniu.

czwartek, 14 lutego 2008
Rajd Dolnego Sanu - Relacja z końca stawki

84 dni do RDS
JESTEM TATĄ !!! Właśnie ciachnąłem pępowinę i dostałem na ręce małą Gabrysię. I już wiadomo, że zgodnie z przewidywaniami będzie to oczko w głowie tatusia. Demonom, które siedzą w mojej głowie i zawsze gnają mnie w góry i na rajdy mówimy : DO WIDZENIA !!! Koniec, basta. Demony idą spać. Planowane przebudzenie: Kierat 2008.
33 dni do RDS
Akcja Pilsko trwała 15 godzin, z czego 9 w samochodzie. Wyjazd o 3 rano, szybkie wejście, zejście na Słowację i o 18 jestem w domu. To przecież żadne złamanie zasad. Na kąpanie jestem w domu. To tak jakbym poszedł do pracy... Gabrysia mści się okrutnie, przedłuża akcję do 23 godzin, nie chce spać do 2 w nocy. Solidny trening niespania.
20 dni do RDS
No to przepadłem. Przeczytałem na forum napieraj.pl o Rajdzie Dolnego Sanu. Dotychczas skutecznie opierałem się kuszeniu Pawła. Nie skusiłem się na Nocną Masakrę, rakiety ani Mini Bergsona. No ale teraz? Setka i to tak blisko domu? Pokusa jest zbyt duża. Ale, ale przecież formy nie ma ! Od dwóch miesięcy biegam tylko w weekendy. Demony drą się wniebogłosy i świętują  „I tak pojedziesz !!!”
5 godzin do RDS
To ostatnie minuty w pracy. Dzień i tak był kiepski. Pod powiekami już startowałem w rajdzie. Praca szła kiepsko. Jeszcze tylko ucałować moje dziewczyny i jedziemy. Dla nich to też wyzwanie, pierwszy taki długi czas same bez taty. Prognoza pogody na niedzielę jest dobra więc Gabrysia ma obiecany spacer. Obym tylko był w stanie.
Start
No to się zaczęło. Pomykamy przez Stalową Wolę. Oczywiście na starcie wszyscy nam uciekli. Paweł narzeka na ból w podudziach. Zostaje w tyle. Nie może utrzymać mojego tempa. Zaczyna coś przebąkiwać, że nie da rady i że pewnie się wycofa. Ten typ tak ma. Jest jak diesel na mrozie. Na początku zawsze trochę rzęzi ale jak już się rozgrzeje to w tym silniku jest moc.
PK1
Zaraz za mostem skręcamy w lewo i najpierw wzdłuż działek, potem przez pola dochodzimy do Jastkowic. Jest lekki mróz więc błotko ładnie zmrożone, nic się nie klei, trzeba tylko uważać, żeby na koleinach nie skręcić nogi. W Jastkowicach po krótkim zastanowieniu wybieramy dojście do punktu od zachodu. Jest pewniejsze niż cięcie przez las na azymut. Szkoda byłoby się zgubić już teraz. Nie wiem jak to możliwe ale ku mojemu zdziwieniu nawet dogoniliśmy jedną osobę a trzy są za nami. 
PK2
Droga do PK2 jest banalna. W dodatku mamy swojego Zająca. Taki Zając to fajna sprawa. I jaka wygodna. 200 metrów przed nami światło czołówki prowadzi nas prosto do punktu. Wystarczy tylko od czasu do czasu spojrzeć na kompas i kontrolować czy aby Zając nie zrobi numeru i nie wyskoczy posiedzieć przy Żubrze.
PK3
Asfaltowy morderca I. Co prawda istnieje możliwość przejścia na azymut, która kusi, ale ostatecznie wybieramy bezpieczniejszy i szybszy wariant drogowy. Później na mecie dowiadujemy się, że przynajmniej jeden z uczestników, poszedł na azymut. Podobno fajne bagna były. Nie żałujemy, żeśmy się nie poznali bliżej.
PK4
Odcinek obfitujący chyba w najwięcej atrakcji. Najpierw piękny trzykilometrowy odcinek po wale przeciwpowodziowym (taki wał to piękna sprawa: równiutko, nie ma błota, trudno się zgubić, trochę tylko wiało ale to jak wszędzie tej nocy). Potem skrótowy wariant po zaoranym polu i nieużytkach, no i niezapomniany trzykilometrowy fragment zielonego szlaku rowerowego. Szlak wyglądał tak: na środku było błoto, które lepiło się do butów i z lekkich biegówek robiło kilogramowe buciory. Boki drogi były mniej zabłocone ale za to bardzo nierówne co powodowało że przy każdym kroku stopa wyginała się w inną stronę. Odcinek był na tyle męczący, że chyba po raz pierwszy z radością powitałem asfalt. Na koniec atrakcja w postaci przejścia przez most kolejowy na Sanie.
Maszynista zwolnił jak zawsze przed mostem. Wolał jeździć tędy w dzień, zawsze mógł wtedy popatrzeć na San. Ale coś się nie zgadzało. Na moście ruszały się jakieś światełka. ”Indiańce?” Wczorajszy western, w którym Indianie napadali na pociągi i atakowali nad ranem jak widać jeszcze nie wywietrzał mu z głowy. „E pewnie samobójce jakieś. O to lepiej niech skakają do Sanu a nie pod mój pociąg. Jeszcze kłopotu mi narobią. Lampa błyskowa? Zdjęcia robią? Świat oszalał. Ludziom to już zupełnie odpier%&#a. Zamiast żony pod pierzyną pilnować to k*&%  w środku nocy na moście zdjęcia sobie robią. Popaprańce jakie!.” Z ulgą przyspieszył gdy tylko skład opuścił most.
PK 5
Asfaltowy morderca II – kryterium uliczne przez Nisko.
PK6
Odcinek mieszany, trochę idziemy asfaltami trochę usiłujemy skracać.
- Zdzichu wstawaj, psy szczekają. Złodziej może jaki?
- Babo nie męcz. Popatrz w okno.
- Zdzichu, ludzi jakiś dwóch na podwórzu. Światła do łbów powiązali, stoją przy stodole i papiery jakieś patrzą.
- To niech patrzą. Gadaj jakby do stodoły leźli to jak pałę wezme i kulasy poprzetrącam...
- Poszli w las za stodołę
- No to śpimy, bagno tam, już nie wrócą. A jak wrócą psy powiedzą.

Na długiej asfaltowej prostej przed punktem mam największy kryzys w tym rajdzie. Czuję spadek mocy, mam dość wiatru. Jak myślę o tym, że za kilka godzin zacznie padać to jestem pewny, że nie dam rady dojść do mety. Obok Diesel lekko warczy i zasuwa, że aż miło. Nie widać po nim zmęczenia. Punkt położony bardzo ładnie nad brzegiem Sanu. Jesteśmy w połowie drogi. Czas 10h. Jest dobrze bo zostało nam 14 godzin na drugie 50km. Wydaje się, że to dobra sytuacja i spory zapas czasu. Ale jakoś nie czuję optymizmu.
PK7
Nie wiem czy to adrenalina spowodowana skakaniem przez rzeczkę i przedzieraniem się przez zarośla czy może chałwa, którą właśnie zjadłem, ale kryzys minął. Do mostu na Sanie idziemy brzegiem Sanu potem przez most i drogą przez pola do punktu. Z tego wariantu możemy być zadowoleni, krótszą drogą już się nie dało.
Światełko czołówki kluczyło między zaroślami i przedzierało się wzdłuż brzegu. Budził się nowy dzień. Nagle światełko zatrzymało się. W zagłębieniu terenu w zaroślach coś się poruszyło. To żyło i mówiło. Skulone stworzenie odezwało się oskarżycielskim tonem „No kur#$, żeby o szóstej rano nad brzegiem Sanu nie można było się  w spokoju wysrać...” Światełko zakołysało się, zaśmiało i odpowiedziało „Każdy rano robi to co lubi. Ja tu sobie idę” No i poszło bo przed nim był jeszcze kawał drogi.
PK 8
Wybieramy asfaltowego mordercę III. Po drodze uzupełniamy zapasy.
Dwóch ich było. Koło ósmej byli. Mordy mieli upocone. Oba ubłocone. Cała podłogę w sklepie upaprali. No i kijki mieli, ale nartów nie. Chyba, że w plecakach. Młody kupił bułki i je zaraz pod sklepem na sucho zżarł. A ten stary to już całkiem głupi był. Kupił wodę i wlał do plecaka. Ale jak ma być mądry jak w takim wieku się po świecie włóczy. A i mapy jakieś mieli. Może geodety jakieś. No to ja już wiem, że dzieciaka na geodezję nie dam. Niech idzie na lekarza. Albo na zaopatrzeniowca to mi w sklepie pomorze.
Planujemy skręcić w prawo przy kapliczce w Olszowcu. Niestety to uśpiło naszą czujność. Kapliczka na mapie była zaznaczona trochę wcześniej niż w rzeczywistości. Uśpiona czujności i nie mierzenie czasu powoduje, że skręcamy za późno. Na tym odcinku dokładamy przynajmniej jeden zbędny kilometr. Punkt w lesie nad bardzo ładnym zamarzniętym stawem.
PK9
Bardzo fajny odcinek. Najpierw przez las, potem końcówka asfaltem.
PK10
Z dziewiątki uderzamy wzdłuż rzeki. Teren dość trudny. Nie ma drogi i zarośla miejscami gęste. Dystans krótszy ale czasowo to raczej nie zaoszczędziliśmy. Widzimy też sporo drzew ściętych przez bobry. Trzeba by tu kiedyś na spokojnie z aparatem zapolować.
-
Mówię Ci wczoraj ciachnąłem kapitalną olchę.
- Który rocznik?
- Tak patrząc na ząb to gdzieś 1966.
- Uuuu to zacny rocznik. Wiesz ja to wczoraj ciachnąłem tą sosnę co nad brzegiem stała. Kiepskie drewno, śmierdzi żywicą i w zęby włazi ale straszne mnie wkurzała bo mi zasłaniała widok na tą ścieżkę, co nią Jolka chodzi. Wiesz to ta z rozłożystym ogonem..
- Chodu, ludzie jacyś idą...
Z lasu wychodzimy w Targowisku i  stamtąd już drogą bez problemu do punktu pod mostem. Po drodze podziwiamy piękne wille, których raczej się tu nie spodziewaliśmy. Czuję  coraz większe zmęczenie, Paweł narzeka na ból czworogłowego uda. Wcześniej nie wiedział, że posiada takowy bo nigdy go jeszcze nie bolał. Mówi, że chyba łyknie jakiś środek przeciwbólowy, ale to na postoju bo musi się dostać do apteczki, którą ma w bucie. Mam nadzieję że nie myśli o tych butach na nogach tylko o zapasowej parze w plecaku. Nie wnikam w szczegóły.
PK 11
Drogą przez las dochodzimy ponownie do Jastkowic a stamtąd kolejnym Asfaltowym Mordercą do PK11. Asfalt mija w miłej atmosferze rozmowy o problemach z operatorami telefonii komórkowej i bankami. Punkt położony przy bardzo ciekawej konstrukcji powieszonej nad Sanem.
PK12
Łatwy punkt. Końcówkę robimy przez śliczne błotniste pole. Trochę się szwendamy wokół punktu, usiłując go zlokalizować. Punktu nie widać w środku przepustu ale w końcu Paweł włazi tam, no i jest. Była to jedna z ostatnich wizyt. Kilka godzin potem podobno płynie tędy 30 cm wody. Pierwszy w historii zatopiony PK !!! A tak w ogóle to zapomniałem napisać, że od trzech punktów kontrolnych i 5 godzin pada deszcz. Ot, taki nieistotny szczegół.
PK 13
Wybieramy wariant wałowy. Podobno jako nieliczni. Większość osób wybrała odrobinę dłuższy wariant przez miasto. Nam tam się wały podobały. Mokro wcale nie było (dopiero w końcówce za mostem było trochę błota, ale dało się obejść a i tak nie było dużej różnicy bo w butach i tak było już wilgotno). Po magicznej ampułce Pawłowi trochę odpuścił czworogłowy ale i tak widać, że ciężko mu się idzie. Raczej robi to głową niż nogami ale teraz to już nie ma obaw, wiem że dojdziemy. Na terenie elektrociepłowni trochę się gubimy, dochodzimy do (podobno) zbiornika osadowego i nie ma przejścia. Z mapy wynika, że punkt jest pod drugiej stronie. Wracamy i dokładając kawałek w końcu znajdujemy właściwą drogę.
PK 14
To już formalność. Budził grozę bo wyglądało, że Hubert przygotował nam niespodziankę na koniec. Na mapie wzniesienie w środku lasu bez żadnych dróg. Nastawiamy się na szukanie po ciemku w krzakach. W rzeczywistości jest w pełni komfortowa droga, która doprowadza na punkt. Pamiątkowe zdjęcia i zostało 2 kilometry.
META
Odbieramy gratulacje. Pijemy herbatę, jemy zupkę i chipsy. Dyskutujemy o wariantach z innymi uczestnikami. Czas odrobinę poniżej 22 godzin. Za nami na trasie jeszcze startujący o 23. Oczywiście wszyscy kończą z czasem lepszym od naszego. Zgodnie z tradycją jesteśmy na końcu stawki.
Na prośbę Pawła poniżej wersja optymistyczna (jak dla mnie powyższa była optymistyczna. W końcu ukończyliśmy zawody w limicie czasu z kompletem zaliczonych PK):
Zajęliśmy bardzo dobre miejsce w połowie stawki. 13 na 21 startujących. Żeby wskoczyć do pierwszej dziesiątki zabrakło bardzo niewiele bo zaledwie pół godziny. Do najlepszego (ósmego) miejsca będącego w naszym zasięgu zabrakło 50 minut. Zakładając, że pierwsza szóstka startowała w kategorii „Kosmici” ostatecznie w swojej kategorii „Ludzie” kończymy na siódmym miejscu.
1 dzień po RDS
Znoszę wózek z trzeciego piętra i idziemy na obiecany spacer. Piękne słoneczko. Gabrysia śpi i śmieje się przez sen. Nigdzie się nam nie spieszy. Idealne warunki, żeby rozruszać mięśnie. Paweł podobno dziś już nie musi rękami przenosić nogi przy wsiadaniu do samochodu. Będzie dobrze. Ja to teraz już naprawdę dopiero Kierat. Diesel jedzie na Bergsona.
Maraton dedykuję Gabrysi, która lada dzień skończy swój setny dzień życia. 100km na 100 dni.

Bazyl

1 ... 66