Kategorie: Wszystkie | Myśli nieuczesane | O nas | Relacje | Wyniki/Plany
RSS
niedziela, 26 kwietnia 2015
Mieszane uczucia

Tydzień temu wystartowałem w drużynie z Pawłem w Jaszczur - Ukryty Wapień. O Jaszczurze było głośno jakiś czas temu na forum - impreza budząca kontrowersje. Przyszedł czas ocenić samemu. W wyniku tej oceny mam mieszane uczucia.

Wielki plus:

- wymagania nawigacyjne. Na trasie 50km. 35 punktów kontrolnych i dodatkowo 14 punktów na dwóch odcinkach specjalnych w jaskiniach. Wszystko oczywiście polane gęstym sosem punktów stowarzyszonych. Wyżyłem się nawigacyjnie za wszystkie czasy. W związku z moją obecną, pozostawiającą wiele do życzenia kondycją  to jest kierunek, w którym chciałbym iść - jak największy udział nawigacji. Takie imprezy będę chciał wybierać.

Plusy:

- fantastyczne wykorzystanie terenu zawodów,

- super odcinek specjalny w Jaskini Szachownica (magiczne miejsce),

- bardzo ładne "lampiony".

Minusy:

- nie zawsze poprawne umiejscowienie punktów w terenie: (PK 6 - wschodni skraj wyrobiska, stał dobre 150 metrów na zachód w środku wyrobiska, PK 13 - oznaczony u podstawy górki stał na skale prawie na samej górze, PK3 - naszym zdaniem nie stał tam gdzie był oznaczony. Wpisaliśmy BPK ale podobno niektórzy go znaleźli. Co do PK3 moje uwagi - punkt stał na hałdzie usypanej przy kopalni. Moim zdaniem punkt nie powinien być tam ustawiony bo: 1. to teren czynnej kopalni (jeździły tam ciężarówki wywożące piach na tą właśnie hałdę), 2. hałdy i większości kopalni nie ma na mapie, 3. organizator sam przyznał, że miał wątpliwości co do lokalizacji tego punkt (cytuję - "odmierzyłem się od jednej i drugiej drogi, trochę mi się nie zgadzało, sprawdziłem jeszcze na mapach geoportalu i postawiłem tak mniej więcej pośrodku). Po co stawiać punkt na elemencie, którego nie ma na mapie i samemu ma się wątpliwości co do jego lokalizacji?

Duży minus:

- usytuowanie punktu takiego jak poniżej:

Jestem zdecydowanie przeciwny ustawianiu takich punktów. Nie wnosi to nic do rywalizacji a tylko naraża zawodników na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Na moje pytanie co miałaby zrobić moja żona 150cm wzrostu gdyby startowała w tych zawodach, usłyszałem od organizatora, że "umiejętności wspinaczkowe nie zależą od wzrostu". Może i tak choć gdy ktoś nie da rady doskoczyć do najniżej gałęzi to jednak robi to różnicę. Proponuję na następnych zawodach ustawić punkt w środku jakiejś skalnej ścianki. Niech zawodnicy na początek przeżywcują powiedzmy taką drogę trójkową. Na trójce przecież się nie odpada. A na każdych kolejnych zawodach podnosić stopień trudności drogi. Aż w końcu któryś odpadnie... albo zrobi Chińskiego Maharadżę (i to OS)...

Drobny minus:

- absolutny brak przestrzegania programu zawodów - i odprawa przed startem i zakończenie zaczęły się z ponad godzinnym opóźnieniem.

- minął tydzień a wyników oficjalnych nie ma.

Mimo minusów impreza na prawdę godna uwagi. Jeśli chodzi o trening nawigacji to można nauczyć się więcej niż na trzech innych razem wziętych. Szkoda tylko, że frekwencja słaba. Zaledwie 6 zespołów na trasie 50km. No i szkoda, że czas zespołu jeśli tylko zmieści się w limicie nie ma absolutnie, żadnego wpływu na wyniki. Nam poszło średnio. Zrobiliśmy całość w limicie (GPS zapisał 55km) ale wzięliśmy aż 7 punktów stowarzyszonych i PK 3 nie znaleziony (jak opisane powyżej). Tak jak w tytule nie mogę się zdecydować czy mi się bardziej podobało czy nie podobało.

Zet El.

 

22:59, bazylsblox , Relacje
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 kwietnia 2015
Sarnia Skała

Dla tych, którzy tęsknią za górami.

DSC06606

Częściowo "zimowy" atak na Sarnią Skałę, wraz ze starszym synem.

DSC06615

DSC06616
DSC06611

DSC06629

DSC06609

A tu jeszcze 60 kwiatków dla naszego Pawła. Wszystkiego najlepszego.

DSC066342

wtorek, 14 kwietnia 2015
Powrót na Górę Kamieńsk

No to w ostatnich wpisach pojeździliśmy sobie palcem po świecie to teraz czas wrócić na domowe podwórko.

W ubiegły weekend startowaliśmy z Pawłem na pierwszym tegorocznym Bike Oriencie - miejsce akcji Góra Kamieńsk i okolice. Można powiedzieć, że było to zatoczenie pewnego rodzaju koła, bo pierwszy start pod "marką" Motyla Noga miał miejsce w tej samej lokalizacji - 2008 r. rajd przygodowy Szarpanina. Taka tam podróż sentymentalna tym bardziej, że kilka punktów miało taką samą lokalizację jak wtedy.

fot. Krzysztof Drożdżyński

Przed startem doszło do pewnego konfliktu interesów. Ja nastawiałem się na trasę długą 100km, Paweł na krótką 50km. Dodatkowo obaj myśleliśmy, że druga strona ma identyczne nastawienie.

fot. Bike Orient

Bardziej nieugięty okazał się Paweł i gdy na piątym z kolei punkcie kontrolnym nie udało mi się go przekonać (było to ostatnie miejsce gdzie można było jeszcze wybrać trasę), poddałem się i pojechałem z nim w stronę mety. Bo ja to sam bym się jeszcze zgubił, a i boję się samemu po lesie jeździć.

Trochę mi było smutno zostawiać te niezdobyte punkty ale plusów takiej decyzji można kilka znaleźć:

- nie ujechałem się trupa, ot takie lekkie zmęczenie jak po dobrym, mocnym treningu,

- chyba pierwszy raz zanim upłynął limit czasu zawodów ja już byłem w domu,

- zajęliśmy dobre miejsca: 4 i 5 (na 166 zawodników jadących trasę krótką) z czasem 3:24 (do trzeciego zawodnika brakło 7 minut).

Wyniku tego bym nie przeceniał bo nie czarujmy się najmocniejsi jechali trasę długą. Sama trasa wydawała mi się łatwa, choć nawigacyjnie poszło fatalnie: licznik pokazał 50,77km czyli zrobiliśmy niepotrzebnie aż 770 metrów (track na Endomondo). 

Wybraliśmy wariant, w którym najpierw pokręciliśmy się po płaskim na północ od startu, a na deser zrobiliśmy trzy punkty na samej Górze Kamieńsk. Zwłaszcza spodobała mi się piękna szutrówka na szczycie między PK7 a PK2 z wiatrakami w tle (padł tam zresztą nasz najszybszy kilometr na trasie 1:43). 

Co tu dużo mówić udana impreza: organizacja bez zarzutu, piękna pogoda, łydka względnie podawała, sentymentalny powrót na Górę Kamieńsk. 

A jeśli mówić o przeszłości to poniżej bonus. Pakiet zdjęć z Szarpaniny 2008. Relacja z tego rajdu była już na blogu ale bez zdjęć. Czemu? Ot specyfika czasów - relacja powstała zaraz po rajdzie a Paweł robił wtedy zdjęcia analogowym kompaktem więc trzeba było czekać aż skończy kliszę gdzieś na kolejnym rajdzie i zrobi odbitki. 

A to jeszcze jeden bonus jak już wziąłem się za skanowanie. Start pierwszej edycji Bike Orientu 2007. 

Zet El. 

19:03, bazylsblox , Relacje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 marca 2015
Religijne PK

Wszyscy moi znajomi dobrze wiedzą, że żaden ze mnie piechur. Nie biegam, nie łażę z kijkami. Co najwyżej przechodzę paręset metrów do samochodu. Albo po galeriach handlowych, jeśli jest potrzeba. A tu "rzuciłem" się na pokonanie 36 km, na dodatek nocą. Już wolałbym ten dystans pokonać dwukrotnie, ale rowerem. Ale, podjąłem wyzwanie, ... miałem swój cel, nawet nie jeden. To było takie moje PK, ... religijne PK.

DSC06591

Nieco inny charakter, nieco inna forma, z góry wszystko wiadome - mapy, trasa, lokalizacja PK. Nawet GPS wraz z aplikacją były gotowe. Wszystko zupełnie inaczej. 

Wystartowaliśmy wszyscy razem w piątek o 21:00. Pech chciał, że ruszyłem jako jeden z ostatnich. Z powodu wąskiego chodnika, "nawet fajny spacerek" - pomyślałem. Kiedy jednak weszliśmy na osiedlową ulicę tempo znacznie wzrosło. Przeraziłem się, bowiem już szykowałem się na samotne pokonywanie trasy, jeśli dalej tak będzie. Przez miasto i Dąbrowę do hotelu na wzgórzu przeszliśmy szybko. Wyładowany plecak zaczął już przeszkadzać. Do lasu na czerwony szlak weszliśmy jeden za drugim. Na szczęście tempo znacznie spadło, ale to w końcu ciemność i trudny grunt. Moja nowa lampka sprawowała się znakomicie. Włączyłem i ... parę osób przede mną mogła wcale nie używać swoich "pretzli".

Z mapy nie musiałem korzystać, w końcu szlak ten na Domaniówce znam doskonale. Choć w ciemności wyglądał zupełnie inaczej. To właśnie ciemności bałem się może najbardziej. Jednak nie byłem sam, bowiem przede mną szła gromada ok. 100 osób.

Po wyjściu na pole, było nasze drugie PK - stacja II. W oddali świeciły się światła Masłowa z dominującym i ładnie oświetlonym kościołem, miejscem naszego kolejnego przystanku. W oddali, w ciemnościach ledwie widoczna Klonówka, kolejna góra do pokonania. Zejście było dość szybkie i na szczęście deszcz, który padał od samego startu, powoli zaczął ustawać.

DSC06585

Do kościoła w Masłowie doszliśmy więc bardzo szybko, tu była nasza stacja III. Chwila odpoczynku, jakiś baton, jakieś picie i dalej w drogę, na kolejną górę. Czoło naszego peletonu szło mocnym i żwawym tempem, które zaczynałem czuć już "w kościach". Nie byłem przyzwyczajony do takiego marszu. A tu jeszcze podejście. Trzymałem się końca, ale na szczęście dotrzymywałem kroku. Tempo marszu nieco opadło, kiedy to zeszliśmy już z ul. Północnej, a weszliśmy na śliski i błotnisty trakt. Zaczęło się przeskakiwanie i omijanie co większych kałuż. Do Diabelskiego Kamienia, naszej kolejnej IV stacji, doszliśmy całą grupą. 

Z tego punktu nasza grupa zaczęła się już rwać. Głównie dlatego, że teren zrobił się dość mocno błotnisty, a nie każdy wyposażony był w odpowiednie obuwie. Było ślisko. Miejscami, mimo reguły milczenia, słychać było wypowiadane cholery. Na Dąbrówkę - stacji V -dochodziliśmy małymi grupkami. A ja już zastanawiałem się na naszym zejściem do Doliny Lubrzanki, strome, a w ciemnościach niebezpieczne. Dwa tygodnie wcześniej, na tym zejściu, zjeżdżając rowerem, rozwaliłem sobie lampkę oraz siodełko. 

Szczęśliwie udało mi się zejść w jednym kawałku. Do kolejnej stacji VI przy mostku na Lubrzance dochodziły pojedyncze osoby lub w małych grupkach. Była więc okazja do wymiany baterii w mojej lampce. Dobra jest, świeci świetnie, ale baterii wystarcza na ok. 2-3 godziny. Przed atakiem na Radostową chciałem mieć jasny i wyraźny obraz, gdzie stawiam kolejne kroki. 

Samo podejście na Radostową od samego początku budziło we mnie najwięcej obaw. Już kilka razy próbowałem na nie wjechać rowerem. Nachylenie, a szczególnie dość trudny teren, nigdy na to nie pozwoliły. Ale o dziwno nawet dobrze się wchodziło. Pod samym szczytem już czułem dość solidne zmęczenie i ból nóg. Najwcześniej to stawy skokowe zaczęły mi doskwierać. Dobrze, że na szczycie została zarządzona 10 min. przerwa, a wraz z czasem oczekiwania, zrobiło się z tego sporo wolnego czasu na odpoczynek i chwilową regenerację. Tym razem czekał nas długi przelot, aż do drogi 752 Górno - Św. Katarzyna. Tam była stacja VIII.

Ciężko było ponownie zarzucić plecak na bolące już ramiona. Krzyż w rękę i dalej w dół śliskim zejściem po trawie. Przez Wymyśloną przemknęliśmy nocą, choć nie powiem, że nie zauważenie. Wszystkie chyba burki ujadały na całego. Na tym odcinku zrobiło się zimno. Otwarty teren, przełęcz, brak możliwości schronienia powodował dość szybkie wyziębienie organizmu. Żałowałem wówczas, że tak szybko schodziłem z Radostowej, bowiem musiałem teraz dłużej czekać na maruderów. Ubrałem jednak dodatkową kurtkę deszczową, która w pewien sposób blokowała przenikliwy wiatr. Dopadł mnie kryzys. Czułem wszystkie stawy, czułem plecy, ramiona, stopy piekły. Czyżby to koniec? Jedynie ogłoszona dłuższa przerwa przed atakiem na Łysicę, pozwalała nie dopuszczać myśli o rezygnacji. 

Przed bramą wejściową do parku na stacji IX, była okazja na dłuższy odpoczynek. Kryzys dalej trwał. Myślałem, że usnę. Nie poprawiała mi również nastroju myśl, że za chwilę mam wchodzić na Łysicę, najwyższą górę na mojej drodze. Ale czy najtrudniejsza? Zaczęło się fajnie, bowiem szliśmy ładnie wykonanym chodnikiem z drewna. Myślę: "jeśli takie ma być całe podejście, to super, łatwizna". No ale chodnik jak się szybko zaczął, tak szybciej się skończył, Pozostało mozolne wdrapywanie się na szczyt. Droga wcale nie łatwa, a już dobijały mnie co pewien czas ułożone z drewnianych bali stopie, po których wspinanie było najbardziej bolesne dla moich obolałych nóg.

Na jednym z zakrętów zobaczyłem tabliczkę: "Łysica 0,5 h". "To jeszcze pół godziny mam iść pod górę?" - sam sobie zadałem to pytanie. Szliśmy jednak w pewnej małej grupce, noga za nogą. Sam nawet nie wiem, kiedy weszliśmy na sam szczyt. Nawet nie poznałem tego miejsca. Chwilę wolną wykorzystałem na kolejną już wymianę baterii. Dalsza trasa była dla mnie zupełną nowością. 

Po pokonaniu już 25 km doszliśmy do kapliczki Św. Mikołaja. Robiło się fajnie, bowiem świtało. Tu była stacja XI. Zbytnio czasu nie marnowaliśmy, bowiem w Kakoninie, na stacji XII, miał być kolejny dłuższy postój. To tu można była już dokładnie zobaczyć, kto idzie i co to za ludzie. Niektórzy wytrawni piechurzy, niektórzy, jak ja, zielone szczypiorki. Po 10 minutach odpoczynku, po łyku gorącej herbaty i kanapce, wyruszyliśmy na ostatnie dwa odcinki. 

DSC06594

Ciężkie to były dla mnie chwile. Długie przeloty, cały czas marsz i marsz. Czoło grupy dawno straciłem z widoku. Zmęczenie dawało o sobie wyraźnie znać. Już nawet mniejszymi kałużami, czy strumykami, człowiek mniej się przejmował. Nie miałem siły na przeskakiwania, czy omijaniu błota. Byłe do przodu. Kiedy w końcu ta skraj lasu, gdzie czekała chwila odpoczynku na stacji XIII. Myślałem już, że końcówkę przyjdzie mi pokonywać w samotności. Niewiele osób widziałem za sobą. A i pewnie przód nie będzie czekał na takich maruderów, jak ja. Udało się jednak dotrzeć do stacji XIII. 

DSC06590

Zbliżał się ostatni odcinek. Wejście na Św. Krzyż, do ostatniej stacji XIV. Znam doskonale to podejście. Nie raz pokonywałem go rowerem. Zawsze mówiłem, że to fajny podjazd. Jednak teraz po 34 km na nogach, podejście to nabrało innego znaczenia. Już w pojedynkę walczyłem z drogą, jednak walczyłem głównie ze swoim bólem. Nogi kompletnie zawodziły. Dobrze może, że była mgła i daleko nie można było ocenić, ile to jeszcze tego podejścia. 

Po półgodzinnej walce doszedłem do celu, na Św. Krzyż, do stacji XIV. Zadowolony, umęczony, wysłałem sms'a do rodziny, że udało mi się, ale nie mam siły na rozmowę. Po chwili odpoczynku, poszedłem do wnętrza klasztoru, gdzie ojcowie Oblaci przygotowali dla nas gorącą herbatę. Można była odpocząć, przebrać się w suche ciuchy. 

W sumie po 12 godzinach od wyruszenia o 9:12, po pokonaniu 37 km, ledwie żywy, dotarłem do celu swojej wędrówki. Takie było moje religijne PK - moja Ekstremalna Droga Krzyżowa.

DSC06595

 

poniedziałek, 16 marca 2015
Dwie kozy

Dwie kozy z Motylej Nogi biegały w ten weekend w Dwikozach na Rajdzie Dolnego Sanu. Kozy obstawiały wszystkie trasy. Starsza koza obskoczyła trasę długą 100km. zajmując 25 miejsce z czasem 21:49. Młodsza koza obskoczyła trasę krótką 50km. zajmując 32 miejsce z czasem 7:41. 

Nawigacja była łatwa, pogoda kiepska, podłoże na zmianę asfaltowe lub błotniste. 

Poniżej kilka fotek. 

Figurujący w nazwie San było widać raz i tylko przez chwilę - po drugiej stronie rzeki widać fragment jego ujście do Wisły. Co ciekawe bodajże 3 lata temu jeden z punktów kontrolnych stał dokładnie po drugiej stronie.  

A z kolei 8 lat temu podczas pierwszej edycji (rozgrywanej wtedy w styczniu) był taki jeden gość co jadąc na RDS-a się przechwalał, że "San jakby była potrzeba to się przepłynie". Specjalnie dla niego zdjęcie tym razem Wisły, która wygląda spokojniej niż wtedy San i nawet jest potencjalny bród.

 Nad Wisłą szwendało się pełno "wędkarzy". I nawet punkty brały. 

Jeden z przykładów ciekawie usytuowanych punktów - wodowskaz wieżyczka. 

Tylko te lasy w okolicach była jakieś takie karłowate. 

Za to niektóre drogi mocno wcisnęły się w poziom gruntu. Trzeba dać znać do ITD, że tam ciężarówki chyba strasznie przeładowane jeżdżą. 

Jedno z lekkich podejść. Wielkich gór nie było. 

I kolejny przykład ciekawego punktu kontrolnego. 

Fajnie było jak to zwykle na RDS-ie. 

Nagrodę im. Motylej Nogi za wytrwałość i najdłuższą obecność na trasie zgarnął obrońca "tytułu" z ubiegłego roku - Janusz Słopiecki. 

Zet El. 

18:46, bazylsblox , Relacje
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39